Sowa ogląda... czyli filmy września #7

09 października

We wrześniu obejrzałam niewiele filmów, bo dwutygodniowe wakacje nie sprzyjały częstym seansom. Zaliczyłam jednak maraton polskich kryminałów, dwa czarne konie festiwalu w Cannes oraz kilka innych filmów, które niestety nie wzbudziły we mnie większej refleksji. Były też takie, do których polubienia było potrzebne dużo rumu... Zapraszam, bez spoilerów - no, może trochę w Amoku uchyliłam za duży rąbek tajemnicy, więc uprzedzam.

Żyć
Nie byłabym sobą, gdybym po obejrzeniu Majora (pisałam o nim tu) i Durnia (a o tym tutaj) nie sięgnęła do ostatniego z nieobejrzanych przez mnie filmów autorstwa Yurij Bykova. I jak w przypadku każdego z jego filmów, Żyć jest maksymalnie treściwy i w stosunkowo krótkim czasie (film ma niewiele ponad godzinę) koncentruje w sobie duży ładunek emocjonalny. Prosta i osiowa fabuła bez rozwidlania na osobne wątki oraz zwięzły przekaz dają wymowną parabolę o moralnym konflikcie pomiędzy instynktem przetrwania, a istotą człowieczeństwa. Podobnie jak w innych jego produkcjach, oszczędna, wręcz surowa estetyka (zbliżona gama kolorów, mało światła) podkreślają mroczną i nieprzyjazną atmosferę filmowego świata. 

Martwe wody
Mimo iż finalnie oceniłam ten film na słabe cztery w skali dziesięciopunktowej, to recenzja filmu wymyka się wszelkim kryteriom. Ten obraz wymyka się w ogóle wszystkiemu, co tylko można wziąć za miernik, co jednak nie sprawia, że spojrzę na niego przychylniej. Film nie wykorzystuje konwencji groteski, on po prostu nią jest. Poziom autoreferencyjności sięga nieznanych mi wcześniej wyżyn. Odniosłam wrażenie, że film nie tyle przedstawia fabułę za pomocą absurdu - on nawet punktuje oraz wyśmiewa popularne i tendencyjne sposoby posługiwania się groteską. Pomysł godny pochwały, ale realizacja już mniej. Możliwe, że byłoby to przyjemniejsze, bardziej skondensowane, chwytliwe i treściwe, gdyby film był po prostu krótszy. Każda scena postrzegana pojedynczo jest majstersztykiem i nie ukrywam, że świetnie się bawiłam obserwując m. in. zmagania grubego detektywa, który oświadcza, że nie zejdzie na nogach po wydmie, bo nie da rady - po prostu się sturla. Niestety te wszystkie sceny-perły ("obiad" w rodzinie rybaków, Andre maszerujący po domu, wszystkie sceny z detektywem) połączone w jeden ciąg, uzmysławiają, że tu tak naprawdę żadnego ciągu nie ma. Szańce absurdu zostają przekroczone, a za nimi jest już tylko bełkot oraz forma dla samej formy. Długie sceny w połączeniu z długimi kwestiami okraszone najczystszym absurdem, na dłuższą metę po prostu szalenie męczą i nużą.


Na pokuszenie
Bardzo potrzebne są w świecie filmu kobiece perspektywy, które w bardzo łagodny sposób poprowadzą widownię po meandrach kobiecej psychiki - bez stereotypizacji, ale również bez popadania, czasem w bardzo ciężki, feministyczny ton. I choć dla mnie Sofia Coppola jest twórcą nierównym oraz niepewnym i na którą nigdy bym nie postawiła, tak tutaj przyznaje, że po prostu bym przegrała. Coppola zbudowała z powieści Thomasa Cullinana bardzo intymny i cichy, a jednocześnie kipiący od pragnień, przekrojowy w wyniku różnorodności wiekowej i emocjonalnej postaci, kobiecy świat. To bardzo eleganckie i wręcz wystudiowane kino, pełne bogatych znaczeniowo ujęć oraz przemyślanych kompozycyjnych klamr. Narracja prowadzona od postaci do postaci, okraszona subtelnym humorem, przybliża widzowi pragnienia znudzonych, dorastających panien, młodych kobiet, które utknęły na życiowym zakręcie, matron, których życie powoli zamyka się w ścianach prowadzonej pensji oraz niewinnych dziewczynek, które dopiero wkraczają w grząski grunt damsko-męskich relacji. Pojawienie się mężczyzny zaburza wszelkie ustanowione rytuały, a każda z bohaterek stara się z zaistniałej sytuacji uszczknąć coś dla siebie - zaznać fizycznej rozkoszy, przeżyć miłość, doświadczyć szarmanckiego adorowania, podbudować nadwątloną przez wiek pewność siebie i kobiecość. W kobiecych przeżyciach i działaniach szczególnie ujęło mnie niepominięcie, pełniących tak ważną rolę w budowaniu atmosfery flirtu, kobiecych artefaktów - istotnych tak naprawdę tylko dla nich: kryształowych szczotek za pomocą których powoli rozczesują włosy, koronkowej koszuli nocnej wyjmowanej z szeleszczącej bibuły, biżuterii podbieranej starszym od siebie kobietom. Scena, w której wszystkie kobiety przychodzą na kolację wystrojone, niczym na bal jest fantastycznym podsumowaniem tego uroczego zjawiska. Wyścig w zawodach o zrobienie, jak najlepszego wrażenia na nieznajomym, staje się mimowolnie celem trzech bohaterek, choć nie jest powiedziane, że przystąpiły do niego zupełnie dobrowolnie i od razu, co skłania ku wskazaniu w tej fascynacji trochę irracjonalnego elementu. Film bardzo polecam. Do obejrzenia namawia również Kirsten Dunst - największy As tego filmu.


Ziarno prawdy
Pierwsza rzecz, jaką zauważyłam, to bardzo nie odpowiadające mi, jakieś takie akademickie ujęcia, które wyglądały, jak żywcem wyjęte z podręcznika "jak poprawnie (ale nudno) nakręcić film". Kiczowate oddalanie kamery od odchodzącego w siną dal bohatera z jednoczesnym jej podnoszeniem, raz po raz przenoszenie ostrości w jednym ujęciu na dalszy i bliższy plan (w tym przypadku na twarze bohaterów), wyzierająca nuda estetyczna ze wszelkich innych. Drugą rzeczą, którą - będąc bardziej ścisłym - usłyszałam, był fatalny dźwięk, więc nie jestem do końca pewna oceny niektórych scen, bo jak nie słyszę, co aktorzy tam mamroczą, to wolę udać, że tego nie było, a przecież może to było szalenie ważne - że było. No, to klops. A trzecią rzeczą z kolei, którą  doświadczyłam, to naprawdę fantastyczny scenariusz adaptacyjny, którym nie wyczuwało ani trochę topornego wciskania powieściowej fabuł w ramy filmowych wymagań. Odbyło się to bez bólu, a co więcej, z bardzo satysfakcjonującym efektem. Niestety przez formalną stronę film jest tak akademicko mroczny, trochę bez charakteru i nie ma za wiele znaków szczególnych. Polecam na jesienne lub zimowe wieczory, jako bardzo dobry wypełniacz czasu dla czystej rozrywki. Pod tym względem jest bardzo przyzwoity, ale nie liczcie na szalone doznania i przełamanie kryminalnych schematów.

Jestem mordercą
Bez wątpienia jeden z najmocniejszych punktów rodzimej kinematografii. Wspaniałe to uczucie oglądać film tak bardzo przemyślany, dopieszczony, prowadzący nasz przez historię z jednoczesną łatwością, co i trzymający mocno za mordę. Żywy, wartki język, wycyzelowane dialogi, brak nudy, cudownie rozłożona ciężkość akcji, autentyczne charaktery oraz bardzo dopracowana estetyczna strona, jak np. scenografia. Niestety z kostiumami i charakteryzacją trochę popłynęli. Każda z postaci wyglądała, jakby ubierała się, co najmniej w Pewexie, a nie trzeba było żyć w tamtych czasach, by czuć, że to bardzo grube pociągnięcie wierzchniej warstwy tęczowym lukrem, ale ok. Żaden to film o modzie w PRL, więc za konsekwencję i wysoki poziom jestem w stanie uznać to za osobliwość, a nie wadę. A kiedy już oderwiemy się od warstwy formalnej, uderzą w nas: smutek bijący z oczu Arkadiusza Jakubiaka, ludzka bezsilność w starciu z bezdusznym politycznym i urzędniczym wiecznie toczącym się kołem oraz ludzkie kręgosłupy moralne, których brak niejednokrotnie złamał czyjeś życiorysy.


Amok
Ze wszystkich trzech kryminalnych, polskich filmów, które widziałam w tym miesiącu, ten był absolutnie najsłabszy i rozczarowujący pod każdym względem. Jeśli spodziewasz się brawurowego, pokrętnego, nieoczekiwanego w zwroty akcji psychologicznego kryminału lub dramatu sądowego, to polecam zdecydować się na coś innego, bo tego tu nie dostaniesz. Jest troszkę pokrętnych wypowiedzi o byciu nadczłowiekiem i co to oznacza dla głównego bohatera, a zarazem podejrzanego o morderstwo. Jest trochę o tym, w jaki sposób policjant stara się dociec, ile prawdy zapisanych jest na kartach książki. Jest trochę o ciekawym zjawisku symulakrum, którym pisarz stara się szafować i jednocześnie budować marketingową otoczkę wokół własnego dzieła. Jest nawet trochę o niezdrowej relacji damsko-męskiej, która wyzwala kompleksy i raczej upokarza. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim trochę kitu i silikonu, żeby zapchać czas przewidziany na ten film. Problematyka zarysowana bez ładu i składu, wkładana w formie haseł oraz ustępów z podręczników filozofii i teorii literatury w usta postaci nieprzekonujących swoją psychologiczną konstrukcją. Wątki, które nie mają żadnego ujścia w finale. Jeśli to faktycznie nie miał być dramat sądowy (zostało to streszczone do ostatniej, finałowej, JEDNEJ sceny), to stawiałabym na psychologiczny thriller, ale to psychologia, jak z portali Internetowych. Nie kupuję tego, nawet ze zniżką.

Co jeszcze widziałam?
GłódŚledzącPiraci z Karaibów. Zemsta SalazaraObdarowaniWszystko gra oraz The Square, o którym napisałam osobnego posta tutaj. Zapraszam!



Moje konto na Filmweb.

  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze

Szukaj