Pod słońcem (i deszczem) Toskanii

02 października

Na toskańską wieś jechaliśmy trochę bez szczegółowego i konkretnego programu, co dla mojej osoby, która ma plany życiowe zasunięte na suwak na brodzie, taki stan rzeczy był trudny do zaakceptowania.  Ja to jestem z tych co na drugie imię mają organizacja i jak mnie pytano w piątek, dzień przed wylotem, czy jestem spakowana, to mówiłam, że tak, że od wczoraj i to nie byle jak: w moich walizkach znajdziecie zawsze większą ilość skarpet niż liczą dni w podróży, podczas której i tak głównie chodzę w klapkach i mobilną aptekę obok pięciu białych tiszertów, bo przecież każdy ma inny fason. Ponadto jestem w podróży bardzo neurotyczna i staram się zabierać swoją strefę komfortu zawsze ze sobą, co w praktyce oznacza za ciężki bagaż albo zapas czasu do niczego niepotrzebny. Wszystko musi być według planu, a jak coś pójdzie nie tak, to mam kolejne - do ostatniej litery alfabetu. A jak skończą się te, to koniec.

Dlatego mimo postanowienia, że poodpoczywamy sobie tak bardziej w bierny sposób, już w samolocie wertowałam przewodnik na temat miasteczek południowej Toskanii. Wcześniej znałam tylko Cortonę. No, ale kto nie zna, jeśli choć raz obejrzał Pod słońcem Toskanii! Podczas dwóch godzin lotu poskładałam kilka ewentualnych planów w razie, gdyby leżenie na hamaku przestało nas bawić. Mówiąc szczerze, moja nieumiejętność odpoczywania w sposób - nazwijmy to  - statyczny, jest szalenie frustrująca i zdarzały mi się epizody, że czytanie książki doprowadzało mnie na skraj nerwicy. Już po piętnastu minutach miotałam się, jak mały szatan po mieszkaniu lub podwórku.

Plan na przyszłość - nauczyć się odpoczywać!


W Toskanii mieliśmy spędzić pięć dni. Oczywiście okazało się, że to stanowczo za mało. Gdy zjechaliśmy z głównej autostrady, a nawigacja zaczęła kierować nas na węższe, podmiejskie drogi, z miejsca zakochałam  się w otaczającym nas krajobrazie. Wszechobecne cyprysy, pola powoli poddające się nadchodzącej jesieni, gdzie oprócz kilku odcieni zieleni, powoli rozgaszczały się żółcie, czerwienie, pomarańcze, brązy... Do tego charakterystyczne pagórkowate krajobrazy, oliwne gaje oraz uprawy winogron. A gdzie znajdowało się nasze mieszkanie? Po środku niczego!

Ale to "nic", to jednak było COŚ! Duży dom z kilkoma apartamentami, ogromne podwórko z hamakami, leżakami, bujną roślinnością i wszędobylskimi kotami. Pierwszego popołudnia próbowaliśmy zjeść obiad na zewnątrz, ale szybko obskoczyła nas licząca na jakikolwiek kąsek widownia. Podczas naszego pobytu naliczyliśmy ich sześć, a każdy był o innym umaszczeniu i charakterze! Niektóre wyjątkowo złośliwym, bo zajęcie krzesła, które zwolniłam na chwilę, odbywało się szybciej niż zdążyłam powiedzieć "kici kici".  Z kolei właściciele willi byli szalenie serdecznymi i bezproblemowymi ludźmi - po naszym przyjeździe otrzymaliśmy butelkę wina z pobliskich winiarni Montepulciano, a codziennie rano czekało na nas śniadanie we włoskim stylu (słodko, słodko i jeszcze raz wszystko na słodko!). Apartament był przestronny, choć trochę ciemny. Mieliśmy własną łazienkę oraz kuchnię, gdzie można było znaleźć zestaw kuchenny standardowego Włocha, czyli kawiarkę, filiżanki do espresso, cedzak do makaronu, wysokie garnki do gotowania spaghetti, korkociąg, kieliszki, wyciskarkę do cytrusów i wiele innych fantów. Jeśli jesteście ciekawi, to odsyłam was do ich profilu na booking.com. Jeżeli jeszcze nie macie tam konta, zachęcam do zarejestrowania się z tego linku - po waszej pierwszej podróży z tego serwisu, otrzymacie zwrot w postaci 60 zł na kolejny wyjazd i ja również otrzymam bonifikatę na swoje podróże :)

W drodze, ale już widać Cortonę, więc B&B Locanda della Luna jest blisko :)


To tu!




Ten po lewej zawsze miał minę, jakby planował zamordować nas we śnie, ten z prawej, to właśnie kot najbardziej "interesowny" :)


Codziennie rano budził nas najpierw kogut, potem odgłos dzwonu z pobliskiego kościoła. W następnej kolejności miałczenie kota pod naszymi drzwiami.  Codziennie rano zjadaliśmy śniadanie przygotowywane przez właścicieli, a potem wsiadaliśmy w auto i jechaliśmy przed siebie, często zmieniając ostateczny cel przejażdżki. Prawdę mówiąc po Toskanii można jechać bez żadnego celu. Jeśli tylko nie zboczycie na duże drogi (google maps - zapamiętam Ci to na zawsze!), widoki będą na pewno przepiękne (w deszczu też!) i zatrzymywanie się w każdej zatoczce jest gwarantowane. Po objechaniu kilku destynacji zazwyczaj wracaliśmy do domu i robiliśmy zakupy w pobliskim sklepie, gdzie trzymano się zasad sjesty. Sklepy i restauracje we Włoszech są otwarte w dwóch turach np. 9-13 i 16-21 (lub później) i zazwyczaj zamknięte w niedzielę. Jednak miło się rozczarowaliśmy, bo wiele miejsc w Toskanii, było otwartych na modłę europejską - nawet w niedzielę, co pewnie było podyktowane rozwojem turystyki w tym rejonie. Po powrocie do mieszkania, ja testowałam lokalne produkty i przygotowywałam typowe (ok, nie do końca, bo jednak w wersji bezglutenowej ;) ), włoskie dania, a Michał zasiadał do obróbki zdjęć, których ilość rosła w tempie geometrycznym. Potem staraliśmy się relaksować pijąc espresso. Przy okazji wiecie, że Włosi najczęściej piją espresso po obiedzie, a cappucino tylko do śniadania?

Wieczorem już dało się słyszeć tylko cykady i odgłos włoskiego Chianti nalewanego do kieliszków. Czasem sielankę przerywał skorpion sunący po posadzce... Ale podobno te toskańskie nie były jadowite! :)















Nie pamiętam już bym widziała tyle gwiazd na niebie. Na Sardynii również nie było przeszkód w oglądaniu nieba, ale dopiero tutaj udało się gołym okiem zobaczyć Drogę Mleczną. Fantastyczne doświadczenie. Szczególnie, gdy stoisz w ciemnym lesie, by twój mąż mógł zrobić idealnie ujęcie rozgwieżdżonego nieba. A wokół nie wiadomo... skropiony, węże, gorgony!

zdjęcia: niebo nocą, te na których jestem ja - Michał
reszta: mojego autorstwa :)

  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze

Szukaj