Sowa ogląda... czyli filmy lipca i sierpnia #6

27 sierpnia

W wakacje filmowo nie próżnowałam i choć repertuar kin pozostawiał wiele do życzenia, nadrabiałam sporo filmowej klasyki, jak i również filmów, które całkiem niedawno z kin zniknęły. W tym zestawieniu znajdzie się trochę o Dolanie, jak i Nolanie, jak również czemu nie do końca czuję Mallika. Zdarzył mi się epizod polskiego kina i po krótkiej przerwie powrót do kina rosyjskiego, które zaczyna fascynować mnie co raz bardziej. Zapraszam (bez spoilerów, oczywiście)!

Król Artur. Legenda Miecza
Legendy o Królu Arturze to nie jest dla mnie temat nieznany. Swego czasu miałam niezłego hopla na punkcie legend w tejże tematyce i na raz połknęłam Mgły Avalonu. Mam swoje sprecyzowane gusta w związku z pewnymi wątkami, ujęciami oraz perspektywami, ale wiadomo, że to temat całkiem płynny, więc wiele można.  Guy Richie skorzystał z tego przywileju i muszę przyznać, że sporo elementów legendy ujęto bardzo świeżo. Zarzuty o jakieś trawestacje historii są zupełnie niesłuszne. Mam na myśli np. postać Pani Jeziora, dzieciństwo Artura, czy sposób w jaki Excalibur znalazł się w skale. To był oryginalne z zachowaniem pewnych stałych punktów znanych z legend. I na tym w sumie można skończyć pochwały. Technicznie film jest przebajerzony i pewne rozwiązania są zbędne dla ogólnego wyrazu i nastroju filmu. Charakterystyczny dla filmów Richie'ego montaż chwilami bardzo mocno się rozjeżdża, burząc logiczny odbiór konkretnych scen. Forma ponad treścią w tym wypadku bardzo nadwyrężyła konstrukcję obrazu. Pewne postacie stałe w legendzie zostają zastąpione zupełnie innymi, a motywacja tej wymiany jest zupełnie niejasna i niewytłumaczalna fabułą. W ogólnym rozrachunku film nie przesunął żadnych stałych punktów na mapie tej legendy - raczej drepce w miejscu, chwyta się różnych narzędzi po cichu licząc na zachwyt widza efektowną stroną techniczną. Pomimo tych kilku nowych ujęć, to jest to jednak czepianie czegoś większego, płynięcie po płyciźnie.

Song to Song
Ten film to moje drugie spotkanie z Terrencem Mallikiem. Jakiś czas temu widziałam Drzewo Życia, które zostawiło mnie raczej z wrażeniem przerysowania, przesadnej egzaltacji i momentami wręcz kiczu, dlatego nie wyczekiwałam Song to song z utęsknieniem. By zobaczyć ten film w dużej mierze skusiła mnie obsada w składzie m. in. absolutnie cudownej Rooney Mary oraz Michaela Fassbendera, który zdecydowanie powinien sobie darować wszelkie występy w marvelowskich produkcjach i zająć się kreacjami z krwi i kości, bo w tym się spełnia (Wstyd, MakbetŚwiatło między oceanami). Song to song jest bardzo liryczne, czerpiące garściami z literackiej narracji strumienia świadomości, gdzie czas i miejsce zaburzone jest na rzecz emocji oraz wrażeń doświadczanych przez bohaterów. Należy pamiętać, że strumień świadomości może być bardziej lub mniej zaawansowany w formie. To mogą być pozbawione chronologii lub przyczynowo-skutkowej zależności swobodnie płynące myśli lub oddanie samego procesu ich powstawania, które literacko mogą przyjąć formę ciekawych tekstów (np. brak znaków przestankowych). Mallick skupia się na oddaniu samych myśli i uczuć swoich bohaterów, pozostawiając na boku mechanizm ich tworzenia, odrzucając również chronologię fabuły. Widz w trakcie seansu składa kolejne elementy w jedną oś, budując jednocześnie psychologiczne wizerunki postaci. Wraz z rozwojem historii poznajemy kolejnych bohaterów, których spaja postać grana przez Fassbendera, burzącego wewnętrzny spokój każdego człowieka pojawiającego w jego otoczeniu. Obok interesującej kreacji Rooney Mary, to właśnie Fassbender kradnie film. Efekt domina zła, marazmu, smutku, zblazowania jaki wokół siebie roztacza  afektuje nie tylko na postacie w jego najbliższym kręgu, ale również następne i następne w całej sieci ludzkich relacji i kontaktów, jakie ich łączą. Życiorysy przeplatają się niczym tytułowe piosenki, czasem podniesione do wspólnej linii melodycznej, by za chwilę spektakularnie się rozstroić. Wszyscy bohaterowie są psychologicznie konsekwentni, choć trudno zrozumieć ich niechęć lub niezdolność do bycia dobrym dla siebie i innych. To wieczne zasłanianie się "zranieniem" chwilami frustruje i sztucznie napędza całą fabułę. I tym razem Mallick nie uciekł od kiczu, choć trochę strawniejszego w formie (wyczekajcie sceny z recytowaną po polsku modlitwą, do tej pory nie czuję tych Mallikowych zestawień). Oprócz tych zgrzytów film bardzo zyskuje na stronie wizualnej - pięknych kolorach, ujęciach i scalającej wszystko ścieżce dźwiękowej. Przy okazji: w filmie występuje bardzo dużo gwiazd ze światowej sceny muzycznej! Najlepiej dzieje się dla nich i dla filmu, gdy zostają przy epizodzie - niestety Lykke Li pozwolono na więcej...

Baby Driver
Montażowe cacko, wartki scenariusz, doskonała muzyka, której słucham z przyjemnością do tej pory, castingowa świeżość (no, nawet Kevin Spacey przyjemnie zaskakuje) - tak w kilku słowach o Baby Driver. A rozwijając: Baby Driver to film o bardzo innowacyjnym spojrzeniu na typowe kino pościgu i akcji. Czerpiący garściami z tego, co najlepsze, dodający temu co już skostniałe, wysłużone i ugrzęzłe w schematach, niesamowitą lekkość, lotność i bystrość w całej rozciągłości. Okazuje się, że dojście przez filmowców do ściany, jaką jest zaangażowanie czołgu, śmigłowca, salwy pocisków z helikoptera, tabunu kaskaderów oraz zwodzonych mostów do filmu akcji z elementami pościgu jest tak naprawdę iluzją, sztucznie wymuszoną i niepotrzebnie uznaną za warunek niezbędny dla atrakcyjności filmu. Można i bez tego i też będzie ciekawie. Motorem napędzającym całą maszynerię Baby Driver jest muzyka, pod którą zmontowany był film oraz która miała swój udział w konstrukcji fabuły, prowadzenia scen oraz konkretnych dialogów (Egyptian Reagge, czy Tequila - co za puszczanie oczka do widza!). O technicznej stronie nie będę się wymądrzać i chętnie was odeślę do materiału Na Gałęzi na ten temat - tam znajdziecie dużo o sposobie kręcenia, montażu i przygotowaniu aktorów do ról. Warto! 



Wyśnione miłości
Bardzo oniryczny obraz o sile zauroczenia, które burzy dotychczasowy porządek i relacje pomiędzy dwójką bliskich sobie ludzi. Dolan z subtelnością wprowadza w nas kolejne stadia zakochania dwójki bohaterów przeplatając to jednocześnie z gorzkimi  i szczerymi, czasem wręcz rozbrajającymi wypowiedziami osób, które są nieszczęśliwie zakochane. Dużo jest tu o sile iluzji, projekcji wizerunku obiektu swoich uczuć, irracjonalnych zachowaniach, jakich doświadczają zakochani bez znaczenia na życiowe doświadczenia lub wiek - każdy odczuwa i cierpi podobnie. Ciekawym aspektem jest sama idea miłości krążąca w kuluarach sztuki czy filmu, przekazywana sobie niczym podanie z ust do ust, a którą bohaterowie biorą za najwłaściwszą. Dążą oni do ziszczenia się pewnych schematów i wyśnionych sytuacji. Zupełnie niczym gwiazdy słynnych filmów, chcą również stanąć w samym centrum, w pełnym świetle, reżyserować swoje piękne, jedyne i niepowtarzalne love story... Zderzenie z rzeczywistością napędza zgorzknienie i rozczarowanie. 


Jedyny polski film w wakacyjnym zestawieniu i jeden z moich ulubionych filmów Kieślowskiego (Krótki film o zabijaniu jest nadal w mojej wewnętrznej czołówce u samego szczytu). Historia bardzo tragicznej postaci. Początkowo bardzo dobroduszny i niekonfliktowy człowiek, mąż i ojciec, przypadkowo odkrywa nową pasję i nieświadomie, zupełnie bez ambicji, ustanawia ją nowym życiowym celem, którego nie jest w stanie się wyrzec. Niezrozumiany przez najbliższych oraz już na samym starcie uwikłany w dylematy moralne oraz społeczno-polityczne rozpoczyna bardzo nierówne zmagania o wolność myśli i przekazu oraz indywidualizm i samostanowienie o formie, jak i treści przekazu, nad którymi pracuje. Zręcznie nakreślono rozterki młodego, uczciwego twórcy, który waha się pomiędzy rodziną, a sztuką, pracą, a sztuką, byciem dokumentalistą, a byciem zwykłym rzemieślnikiem tylko kreującym historie. Pasja chwyciła, uwiodła i już nie pozwoliła na odejście. Filip mówił "I zobaczyłem, że to wszystko może być ważniejsze niż spokój, wiesz...". Ten film to piękny manifest dedykowany wszystkim, którzy wątpią w słuszność obranych celów, choć absolutnie nie daje gotowych odpowiedzi na najważniejsze pytania.



Dunkierka
Monumentalne, emocjonalne widowisko, o niespotykanym rozmachu scenograficznym, technicznym i montażowym, a o jednocześnie kameralnym ujęciu psychologicznych sylwetek i dogłębnie wzruszającym widza, idealnie balansującym na granicy niezbędnych zabiegów i narzędzi. Nie istnieje tu poczucie przesady, balastu, niepotrzebnych scen, dialogów lub ujęć. Interesujące przenikanie trzech planów narracyjnych rozbieżnych czasowo (tydzień na plaży w Dunkierce, dzień na cywilnej łodzi wypływającej na ratunek oraz godzina lotu wojennych samolotów mających  osłaniać misję ratunkową), świetnie rozkładają tempo, zataczają co raz ciaśniejsze koła i skupiają widza na emocjach oraz doznaniu wizualnym, a nie chronologii, która nie jest w tym wypadku najważniejsza, biorąc pod uwagę fakt, że każdy historię wyzwolenia Dunkierki jest w stanie wyguglować sobie sam. Wojenne realia zbudowano w oparciu o różnorodne postawy reprezentujące beznadzieję, egoistyczną chęć przetrwania, heroizm... Podkreślony został strach żołnierzy, którzy czekają na możliwość opuszczenia Dunkierki, żołnierzy ratujących się z tonących statków, żołnierzy chcących ponad wszystko wrócić do domu, żołnierzy, którzy wiedzą, że prawdopodobnie zostają tu na pewną śmierć. Bezsensowność śmierci młodych ludzi, wręcz chłoszcze, nie pozwala oglądać tego filmu inaczej jak na skrawku kinowego fotela. W palecie postaci pojawiają się również cywile, którzy skonfrontowani z wojenną machiną, wprowadzają wręcz wymiar egzotyczności w poglądach i postawach, jakie reprezentują: służenie kraju jako słuszny obowiązek zostaje wyśmiany przez żołnierza, który ledwo uszedł z życiem. Bo przecież złamanych życiorysów nie naprawi również splendor i uznanie tych w imieniu, których i za których walczono. Walka za kraj przestaje być słuszną sprawą, gdy do głosu dochodzi chęć życia - wszelkie idee stają się bezzasadne i nie warte śmierci. Osobiście odebrałam ten film, jako bardzo pacyfistyczny, który podkreślił grubą kreską, jak wielką tragedią jest wojna pod kątem zarówno społecznym, personalnym, ekonomicznym, ekologicznym, politycznym...
Przy okazji: znów odeślę Was do Marcina Łukańskiego. Koniecznie musicie obejrzeć materiał Na Gałęzi poświęcony powstaniu Dunkierki!


Mam taką osobistą, wewnętrzną klasyfikację niektórych filmów i jedną z nich jest bardzo finezyjne określenie filmu buldożera. Buldożery to filmy, które nokautują. Poniewierają. Nie pieszczą. Niszczą spokój. Pokazują to, co absolutnie nieznane, nieokreślone, przez nikogo niewyobrażone, niemożliwe, a zarazem żywe, mięsiste, brudne, wchodzące pod paznokcie, snujące się za widzem jeszcze kilka dni po seansie. Pogorzelisko czymś takim właśnie jest. Można dyskutować o tym, jak bardzo snuta opowieść miała realne szanse się wydarzyć. Jestem w stanie dopuścić to do progu realności, bo jeśli miarą miałby być współczesny, prawdziwy świat obok nas, gdzie wielokrotnie dzieją się rzeczy, które przerażają i przekraczają wszelkie granice przyjętych następstw pewnych zdarzeń, to czy jest to w ogóle jakiekolwiek kryterium do oceny? Wątpię. Na pełny odbiór składają się niesamowite emocje, których poziom rośnie wraz z rozwojem fabuły. Paralelna konstrukcja narracyjna przekazująca pałeczkę raz matce, a raz córce zgarnia do głównego nurtu rozproszone elementy historii, której finał oprócz znaczenia czysto personalnego, uzmysławia bezsensowność oraz irracjonalność ludzkiej nienawiści, pozostawiającej tytułowe pogorzelisko. Trudno o tym filmie mówić, gorąco zachęcam do obejrzenia.



Tom
To było moje piąte spotkanie z Xavierem Dolanem i myślałam, że mniej więcej wiem, czego się spodziewać. Jednak ten film był doznaniem zgoła innym. Po bardzo żywych dramatach obyczajowych skonfrontowałam się z dobrej jakości thrillerem, za którym jako gatunkiem nie przepadam. Główny bohater docierający do rodzinnego domu swojego zmarłego partnera, poznaje jego matkę i brata, zupełnie ulega dusznej i niepokojącej atmosferze gospodarstwa. Próbując zwalczyć depresję po śmierci ukochanego, doświadcza skrajnych emocji zastępujących mu smutek i zniechęcenie. Poddaje się agresji fizycznej i psychicznej ze strony brata jego zmarłego partnera oraz niczym ubezwłasnowolniony pozwala się więzić (choć nikt go pod kluczem nie trzyma). Xavier Dolan rysuje sylwetkę człowieka będącego w psychicznej rozsypce, którym nie jest trudno sterować. Zastana sytuacja jest metaforą więzienia, jakie ludzie stwarzają sami pozwalając sobie na zawładnięcie autodestrukcyjnymi emocjami, żyjąc w iluzorycznym przeświadczeniu, że kontrolują sytuację. Tom zastąpił smutek, fascynacją skrajnym poniżeniem i przemocą oraz kontrolą jego własnej osoby. Oddanie sterów było poniekąd wyzwalające, ale nic nie obywa się bez kosztów. Xavier bardzo stopniowo zagęszcza atmosferę chorej relacji pomiędzy Tomem i Francisem. Widz jest prowadzony po upiornych rozległych lokacjach oraz przytłaczany w klaustrofobicznych pomieszczeniach. Aż chce się krzyczeć "Tom, uciekaj!". 

Mroczna Wieża
Nie miałam styczności z książką Stephena Kinga na podstawie, której powstał film. Byłam pełna dobrych przeczuć i nastawiona, jak najbardziej pozytywnie, bo swego czasu czytałam Kinga chętnie i jeśli tylko nie robił kliszy swoich własnych powieści, to było dobrze. Mroczna Wieża fabularnie bardzo przypadła mi do gustu. Dobre fantasy nigdy nie jest złe. Mamy hiperprzystojnego czarnoksiężnika, który kradnie cały film, rewolwerowca o dobrym sercu, którego cień złych wspomnień uwiera w duszę przez co posiada na twarzy wieczny grymas walki pomiędzy bólem a pogodnym spojrzeniem, bystrego dzieciaka, który okazuje najważniejszą personą w owym świecie, bo nikt inny, a właśnie on ma największe moce, których - a jakże - nie kontroluje oraz dużo pobocznych ciekawych postaci, jak Widzących i stwory w ludzkich skórach. Przechodzimy przez proces straty, wyleczenia, zdrady, podstępu, iluzji, poświęcenia, ostatecznej próby, rehabilitacji, pojedynku dobra ze złem - z jakiej strony by nie patrzeć, jest klasycznie. Niestety splot poszczególnych wydarzeń, ich tempo, rozwój historii zupełnie nie został udźwignięty przez scenarzystów. Wielokrotnie oglądając film na podstawie książki powtarzam sobie, że to nie lada sztuka wyłuskać, to co dla narzędzi filmowych jest najistotniejsze i tak zaadaptować twór literacki, by nie mieć poczucia, że scenariusz to przepisane kolejno dialogi z książki. W Mrocznej Wieży tego balansu nie utrzymano. Film jest nierówny tempem. Albo zbyt długo nie dzieje nic, albo zbyt szybko intensywna sekwencja przechodzi w spoczynek, albo dzieje się tyle, że napięcie naturalnie się wyrównuje i widz nie odczuwa tego, jako szczególnej akcji. Film się ciągnie i czasami męczy, a cała historia wydaje się ledwo liźnięta. Fani powieści, czy naprawdę pierwowzór jest tak bardzo nierówny? :) Nie wierzę!


Dureń
Moje drugie spotkanie z Yurij Bykovem. O Majorze wyreżyserowanym przez niego wspominałam już w tym poście. Dureń dotyka podobnych kwestii społeczno-politycznych, a głównym bohaterem posługuje się jako uosobieniem konfliktu pomiędzy konformizmem, a moralnymi dylematami, których sprawiedliwe rozwiązanie uderzałoby w wąską grupę reprezentującą bezduszną i nadużywaną władzę. Obraz kreślonej rzeczywistości to miejsce, gdzie akty indywidualizmu uznawane są za niewygodne oraz są z góry skazywane na potępienie i ośmieszenie. Bykov buduje sylwetki swoich bohaterów z dużą starannością, daje widzowi mnóstwo czasu na zaznajomienie się z nimi. Reżyser bardzo zręcznie operuje groteską, chcąc jak najlepiej przeniknąć w przedstawiane struktury zarówno władzy, jak i społecznej degrengolady, którego personifikacją są mieszkańcy walącego się budynku: narkomani, wyrzutki, alkoholicy, zdeprawowani, przestępcy. Tytułowy dureń, Dima, rusza na ratunek "słabym" oraz przeciw cynizmowi rządzących, ponieważ ku rozczarowaniu - szczególnie matki - od małego nasiąkł czystym altruizmem i przekonaniem, że wszelkie uczciwe działania mające na celu poprawę bytu jego i otaczających go ludzi mają sens. Choć nie zawsze korzyści oraz zaistniałe w ich związku reakcje, są takie jakich by oczekiwano. Splendor, chwała, podziękowania? To nie tutaj. Tu wszystkim jest wygodnie w ciasnych i własnych polach widzenia. Nie warto patrzeć szerzej. Nie warto być durniem.

Lady M.
Wysmakowany estetycznie, z minimalistycznymi kadrami i oszczędnością w prowadzeniu kamery i jednoczesną pustką emocjonalną w sylwetkach psychologicznych bohaterów, płytkością przedstawionej historii, brakiem mrocznego klimatu, który sugerowały trailer (z tego powodu często trailerów nie oglądam, nie chcąc budować złudnych oczekiwań wobec filmów). Duże rozczarowanie. Inspirowany opowiadaniem Powiatowa Lady Makbet Nikołaja Leskova, ujmuje toksyczną dla otoczenia i tragiczną zbrodniarkę w sposób bardzo dosłowny, bez finezji i elegancji. Wszystko pływa po jakiejś płyciźnie, gdzie aż prosi się o sięgnięcie głębiej. Pozostaje niedosyt, a początkowo frapująca postać Katherine, przestaje widza interesować. Zbyt szybkie zmiany charakterologiczne, nieprzekonujące podłoże przyczynowo-skutkowe pewnych wydarzeń bardzo wpływają na negatywny odbiór filmu, który w moim odczuciu został tylko "nakreślony".
Ciekawostka: opowiadanie ma zupełnie inne zakończenie.




Co by nie przynudzać nie zdecydowałam się na wspomnienie o wszystkich świetnych filmach, które obejrzałam w te wakacje, ale szczerze polecam Wam również: Jutro będziemy szczęśliwiStare grzechy mają długie cienieRocky Horror Picture ShowZabiłem moją matkę, Żądło, Słodkie życie.

Co jeszcze widziałam?
Noe. Wybrany przez Boga,  Jedyna prawdziwa rzeczCzarny kot, biały kotPlutonBezsennośćMechaniczna PomarańczaElena, Honorowy obywatel.


Moje konto na Filmweb.

Co Wy co godnego polecenia widzieliście w te wakacje? Co odradzacie? :)

  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze

Szukaj