Kilka faktów związanych z naszym ślubem

31 sierpnia

Wielkimi krokami zbliżamy się do pierwszej rocznicy, więc postanowiłam przybliżyć kilka faktów związanych z naszym ślubem i weselem. No dobrze, trochę więcej niż "kilka". Zapraszam!

1. Ogarnęliśmy to w pół roku, choć nie mieliśmy pojęcia O NICZYM.
Wspominałam już o ekspresowym tempie naszych przygotowań w tym poście (jest tu też parę zdjęć ze ślubu). Ot, takim ciekawym faktem jest informacja, że na ostatnim ślubie i weselu jakim byłam, miałam chyba sześć lat, więc nie bardzo pamiętałam, jak te bierki rozegrać. Michał nie był w tym temacie lepszy, więc całą wiedzę czerpałam z najgorszego z możliwych źródeł, czyli internetów. Może to brzmieć zabawnie, ale nurtowały nas szalenie fundamentalne pytania typu "po której stronie pana młodego idzie panna młoda?", "kto wychodzi najpierw z urzędu: goście, czy para młoda?", "życzenia składa się przed urzędem, czy na sali? a może podczas oczepin? a jak nie ma oczepin, TO CO?", "kiedy rzuca się bukiet?", "jak obliczyć ilość alkoholu?", "czy naprawdę niezbędny jest tort?", "stoliki w podkowę, czy osobne, okrągłe?", "kiedy sesja plenerowa, w dniu ślubu, czy potem", "co jeśli zabraknie prądu?" (zadawałam to pytanie właścicielom sal weselnych), "JAKĄ WYBRAĆ GODZINĘ NA ŚLUB?" itp. Miałam nawet pomysł pójścia incognito na losowy ślub do urzędu, ale ostatecznie do tego nie doszło :)

Po ślubie i przekazaniu sobie pierwszych "wrażeń po" okazało się, że w trakcie ślubu każde z nas zadawało sobie pytanie, kiedy do cholery te obrączki, bo UWAGA, były one na sam koniec, już po przysiędze i podpisach. Nie wiem czy tak jest wszędzie, ale nas to zdziwiło.




2. Wiedziałam, gdzie kupię sukienkę zanim Michał mi się oświadczył.
Sukienka nie mogła być biała, długa, ale też zbyt krótka. Pasować do obcasów i płaskich butów. W zamierzeniu miała nie być "na raz", ale jednak tak kojarzy mi się ze ślubem, że chyba nigdy już jej nie założę. Wyboru nie konsultowałam zupełnie z nikim. Tylko Michałowi pokazałam kilka wzorów, z pytaniem, która podoba mu się najbardziej. Wybrał tę samą, którą i ja. Na przymiarki również chodziłam sama, a efekt końcowy narzeczony zobaczył dopiero w dniu ślubu. Ciekawostka: sukienkę odebrałam na jakieś trzy tygodnie przed ślubem, a dodatki miałam skompletowane już... cztery miesiące wcześniej! Sukienka leżała idealnie (choć po zdjęciach z pleneru mam wrażenie, że jest trochę za ciasna ;) ), nie uwierała, nie spadała, ale muszę przyznać, że była z niej trochę gniotliwa bestia.
A sukienka jest oczywiście od Szyjemy Sukienki.



3. Dostawałam drgawek od ciągłych "skarpetki pana młodego pod kolor serwetek, kwiaty w bukiecie pod kolor biżuterii bla bla bla".
Wspominałam o najgorszym źródle czerpania wiedzy, jakim był Internet. Czemu tak było? A no, bo od przeglądania Pinteresta lub czytania wpisów na forach można było dostać permanentnej histerii. Trend robienia wesela pod jakieś hasło jest bardzo fajny, nie neguję. Ja też lubię, jak się wszystko składa w estetyczne puzzle. Nam się marzyło wszystko rustykalnie - jak by było nas stać, to pewnie wybrałabym jakąś klimatyczną stodołę na miejsce wesela, ale wiadomo - portfel trzymał nas na krótkiej smyczy. Wracając do... unifikacji. Stopień niektórych zestawień wytrącał mi w ręki wszelkie argumenty i zostawało tylko nie zbyt bystre, a jednocześnie olewcze skwitowanie "ale po co, kto to zauważy?". I kiedy już udawało mi się przekonać samą siebie, że nie jest najważniejsze, by goście docenili subtelne nawiązania pomiędzy słoiczkami z marynowanymi oliwkami, jako prezentami dla nich, a motywem drzewka oliwnego na zaproszeniach i eukaliptusem udającym ową gałązkę oliwną w dekoracjach (chyba nie wyłapał tego nikt, mehehe), w dramacie tym, padała jakaś kwestia zawiązująca nowy konflikt tragiczny:
- W sumie to nie wiem, jaką biżuterię wybiorę, mam wersję srebrną i złotą...
- No to chyba zależy od makijażu, jakie tam refleksy są!
I wiecie, w takich momentach otwierała się przede mną czeluść egzystencjalnej przedweselnej rozpaczy, bo byłam już po trzech próbnych makijażach i za cholerę nie wiedziałam, jakie ja tam mam refleksy.

4. Tak, miałam trzy próbne makijaże.
Pierwszy próbny makijaż, był dla mnie takim dramatem, że jak otworzyłam oczy i spojrzałam w lustro, pomyślałam, że nie wiem kiedy, ale pojawił się tutaj ktoś jeszcze, a czemu nie ma tu mnie, to nie wiem. Pamiętam jakieś białe plamy korektora w przestrzeni oczy-kość policzkowa i wściekłe wykonturowanie a'la Kim Kardashian. Zapytałam czy to jeszcze baza pod makijaż,  a pani na to, że już podkład. Aha. Michał na mój widok miał oczy jak spodki, większe od tych moich, powiększonych optycznie. Pytał, czy to tak serio. Ogólnie bałam się, że jak ktoś mnie puknie w czoło, to cały puder spadnie. Dopiero trzeci próbny makijaż przywrócił mi wiarę w trwały, ale nie tapeciarski, naturalny, ale jednak podkreślający urodę, transparentny, ale ukrywający wszystko, co powinnien makijaż. Zero efektu pudrowości, mat przez kilka godzin, cudownie podkreślone oczy i łuki brwiowe. Magia. Warto szukać i nie dać sobie wmówić, że "to zdjęć i żeby goście przy składaniu życzeń nie starli!".


5. Najbardziej kłóciliśmy się o... butonierkę!
Im bliżej było godziny zero jasność umysłu oddalała się ode mnie szybciej niż mój ówczesny stan cywilny. Każdy pan młody powinien mieć butonierkę, cholera jasna, nie wiem czy mi się to podoba, ale ma mieć, no bo mieć powinien, no bo tak, bo tak wszyscy mają. Michał powiedział stanowcze nie - on jakiejś miniatury bukietu w drogocenną marynarkę wpinać nie będzie, absolutnie nie uznaje faktu, że panie dekorują czymś takim panów, on takiej tradycji podziękuje, będzie goździk i koniec kropka. Ale.. goździk, powiedziałem. No ale Michał, weź... goooźźźździk będzie!

Postawił na swoim i muszę przyznać, że to było lepsze :)

6. Michał wybrał sobie wszystko sam.
Pamiętam sytuację w sklepie z męską galanterią, gdy Michał wybierał muchy. I choć stałam raczej z boku i to Michał robił największy szum w trakcie selekcji, pracownica sklepu z uporem maniaka wszelkie porady kierowała... do mnie. Co więcej, mówiąc do mnie, mówiła o Michale jakby go tam nie było albo był głęboko upośledzony i nie był w stanie jej zrozumieć. Zdumiewające.

Otóż Michał okazał się specem od swojego ubioru w dniu ślubu. Przez pół roku raczył mnie informacjami na temat różnicy pomiędzy smokingami, a frakami, pokazywał wszystkie błędy w ubiorze różnych panów młodych, naciskał u krawca by nie robił z niego nieforemnego kloca owiniętego materiałem, z za długimi nogawkami spodni i rękawami marynarki. Byłam tym faktem urzeczona i absolutnie przekonana o powodzeniu misji. W rezultacie w niczym Michał nie wygląda tak dobrze, jak w swoim garniturze - pięknie skrojonym, dopasowanym i wytaliowanym.





7. Ze stresu dzwoniłam dzień przed ślubem do urzędu zapytać, czy na pewno widniejemy w grafiku.
Na co pani w urzędzie zapytała "to pani nie wie, kiedy ślub bierze?", po czym wesoło zarechotała. A, wy śmieszki, tititi!!

8. Ze stresu nie pamiętam również smaku żadnej zjedzonej przeze mnie potrawy.
Podobno wszystko było smaczne, ale ja miałam wrażenie, że jem papier. Mogłam w sumie nie jeść nic, ale czuwano bym nie świętowała na pusty żołądek. Pierwszy smak, jaki pamiętam to tort: kokosowy z malinami.

9. Zamiast kwiatów poprosiliśmy o książki i butelki wina.
Każdą obdarowaną nas butelkę zdążylibyśmy już opróżnić po pięć razy, a do tej pory nie przeczytaliśmy wszystkich książek, które dostaliśmy. Shame, shame, shame.

10. Jednym z największych hitów wesela były... koszyczki potrzeb w łazienkach.
Niesamowite, jak goście byli urzeczeni tym pomysłem. Sporo rzeczy stamtąd zostało wykorzystanych: bezbarwne lakiery do paznokci, bibułki matujące, tabletki przeciwbólowe, plastry, nawet igły i nici. W koszyczkach na pewno były jeszcze nici dentystyczne, rajstopy, krem do rąk, lakier do włosów... Absolutny szał i zachwyt, również męskiej części. Polecam taki trick wszystkim!


11. Ewolucja pierwotnego pomysłu na wesele była znaczna.
Pierwotnie miał to być tylko uroczysty obiad z rodziną. Stopniowo wszystko się rozrastało i z maksymalnie trzygodzinnego obiadu z około dwudziestoma osobami, przeszliśmy do przyjęcia weselnego już w liczbie ok. pięćdziesięciu trwającego do północy. Wyrzuciliśmy wszelkie "tradycje" w postaci oczepin, pierwszy taniec, weselne gry i zabawy oraz szalony, taneczny parkiet z didżejem. Zostało tylko witanie chlebem i solą, podziękowania rodzicom, a ku mojej zgrozie ktoś zaintonował "gorzko, gorzko". Na szczęście raz. Szczerze, gdybyśmy mieli organizować wesele jeszcze raz zostalibyśmy przy pierwotnym pomyśle, choć naprawdę świetnie się bawiliśmy podczas tej "rozrośniętej wersji". Mniejsze przyjęcie = mniej stresu. Podkreślę również, że dla nas, raczej introwertycznych dusz, każde wesele przegrywa z maratonem filmowym na kanapie z morzem prosecco i przekąsek. Bez dwóch zdań.

12. Po dwunastu godzinach chodzenia w wysokich butach, moje duże palce u stóp były zdrętwiałe przez dwa następne dni.
True story. To brzmi nieprawdopodobnie, ale naprawdę ich nie czułam. Dotykałam i nic, jak nie moje. Manekin.



13. Wszystkie wpadki lub rzeczy, które się nie udały... teraz naprawdę śmieszą.
Wbrew pozorom nie udało się sporo w bardziej lub mniej spektakularny sposób. Dla przykładu: na nasz ślub i wesele nie dojechał fotograf. Zdjęcia mamy dzięki ekspresowej reakcji naszego znajomego, który przyjechał do urzędu ze swoim ojcem fotografem. Podczas wesela on przejął pałeczkę. I choć niesmak oraz rozczarowanie niosły się jeszcze długo podczas wesela, jak i po, tak teraz ten temat jest motywem przednich żartów w gronie znajomych. O ile mnie pamięć nie myli ostatnia wzmianka doprowadziła mnie do łez, tym razem śmiechu. Choć jak przypomnę sobie swoje przerażenie bezpośrednio w dniu, ciągle nie mogę uwierzyć, że tak bardzo mi to teraz obojętne.

Ponadto gdyby, sprawa z fotografem nie potoczyłaby się, jak się potoczyła, nie poznalibyśmy Jacka Gąsiorowskiego ze ślubnestudio.net, któremu powierzyliśmy wykonanie sesji plenerowej. Odbyła się ona jakieś pół roku po ślubie we wnętrzach Pałacu w Nieborowie i Parku Arkadia. To był fantastycznie spędzony czas - mimo zimna i mnóstwo zwiedzających nie zważających na nasze wysiłki :D Jacka polecamy z całego serducha. Swobodna atmosfera, paplanina o serialach, opowieści o naszym weselu, czy pracy fotografa ślubnego, dużo żartów - to wszystko, a nie wiadomo kiedy, powstało tyle pięknych zdjęć, które właśnie ilustrują ten post. Jacek poświęcił tej sesji również wpis na swoim blogu, do którego odwiedzenia gorąco zapraszam.





Drugim wielkim błędem było zaufanie, że na poddaszu, które wybraliśmy na przyjęcie pojawi się klimatyzacja. Nie pojawiła się. Pech chciał, że weekend, w którym braliśmy ślub, był ostatnim takim słonecznym weekendem września (ok. 25 stopni) i na poddaszu było... ciepło. Na szczęście było sporo wiatraków, które trochę ratowały sytuację oraz maszyna do lodu. Aaa, zapomniałam! W pewnym momencie również i ona powiedziała dość.

Dlatego apeluję do wszystkich przyszłych panien młodych - nie da się przewidzieć wszystkiego. Nie na wszystko mamy wpływ i plany do ostatniej litery alfabetu. I jak coś nie pójdzie, tak jak w marzeniach, to przekonacie się, że ślub nie jest wcale takim najważniejszym dniem w życiu i widmo klęski raczej nie będzie wam spędzać snu powiek przez następne dekady. Serio.

14. Dekoracja ze zdjęć!
Uparliśmy się na ciekawą dekorację dedykowaną naszym gościom (widoczna tutaj). Wszystkie zaproszone małźeństwa poprosiliśmy o... ich zdjęcia ślubne, które następnie zawisły na rozpiętych sznureczkach, dodatkowo ozdobionych napisem "Ach, co to był za ślub!". Było sporo radości podczas oglądania tych fotografii, niektórych sprzed pół wieku... :)

15. Nie rzuciłam bukietem.
Zapomniałam :D


A jak z tym było u Was? Jakie śmieszne sytuacje zapamiętaliście ze swoich ślubów i wesel? A może coś z przygotowań zapadło Wam w pamięć? Chętnie się dowiem!! :)


  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze

Szukaj