Gdyńskie wakacje

20 sierpnia

Biorąc pod uwagę nasze wyjazdy z pierwszej połowy roku i planowane dwutygodniowe, wrześniowe wakacje we Włoszech nie zapowiadało się, że wyjedziemy jeszcze gdziekolwiek. Jednak splot sprzyjających okoliczności sprawił, że mogliśmy wcielić w życie plan jeszcze jednego wyjazdu i padło na Gdynię, do której jeździmy - jak okazało się po kalkulacjach - co roku. W 2014 i 2015 było to przy okazji Opener'a. Jack White, Foster the People, Metronomy, MØ, The Black Keys... A w następnym roku Alabama Shakes, Hozier, Alt-J, Jose Gonzalez, Mumford and Sons,  Tom Odell, Chet Faker. No i jeszcze mnóstwo polskich świetnych wykonawców. Openerową tradycję odpuściliśmy i w 2016 roku wybraliśmy się do Gdańska zimą ze znajomymi z okazji koncertu naszej koleżanki, a mojej wtedy jeszcze nie wiedzącej o tym, świadkowej ; >. Decyzja, co do tego gdzie pojechać na mini urlop w tym roku nie wydawała się trudna. Kupiliśmy bilety lotnicze (nieporównywalnie tańsze od pociągu), zarezerwowaliśmy nocleg i w drogę!






Odwiedzając Trójmiasto co roku, widzieliśmy naprawdę sporo, bo zarówno gdyńskie Akwarium, Sopockie Molo, od którego zdecydowanie lepsze jest Molo w Orłowie, Europejskie Centrum Solidarności, murale na gdańskiej Zaspie, gdańską Politechnikę. Wydeptaliśmy ścieżki wśród malowniczych sopockich, willowych dzielnic, gdyńskiej mariny, orłowskiego klifu czy gdańskiego Starego Miasta, nie zapominając o zwiedzeniu ratusza, bazyliki i wejściu po chyba tysiącu stopniach na dzwonnicę. W tym roku postawiliśmy na Muzeum Emigracji w Gdyni oraz Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, spacery wśród modernistycznej, gdyńskiej zabudowy i turystykę gastronomiczną, która zawsze spala na panewce, gdy się człowiek zakocha w jednym, pierwszym i trafionym miejscu.

I tak właśnie było z Główną OsobowąTłokiem. Główna Osobowa to przede wszystkim proste, sezonowe, nieprzekombinowane menu, pyszna kawa, przemiła obsługa i ciepłe wnętrza. Byliśmy tam cztery razy i nigdy nie wyszliśmy rozczarowani. Co prawda nie ma tam opcji stricte bezglutenowych, ale nie ma problemu w znalezieniu w menu czegoś dla siebie - chleb z mojego śniadania trafiał do żołądka Michała ;) 




Z kolei Tłok jest fantastyczną kawiarnią prowadzoną przez otwartych i pogodnych ludzi, którym nie mogłam odmówić, gdy powiedzieli, że mają w ofercie bezglutenowe i wegańskie ciasta. Wystrój Tłoku jest taki, że aż nie chce się z niego wychodzić, każdy mebel został przeze mnie ostemplowany hasłami: "To chcę mieć! I to! W naszym przyszłym mieszkaniu! I taki kolor ścian, oooo, i taki stolik, i doniczkę.". A do tego mają dużo świetnych książek i chyba wszystkie numery UST z ostatnich dwóch lub nawet trzech lat. Dla fanów planszówek też się coś znajdzie.








Dzień po przyjeździe stwierdziliśmy, że nie może ominąć nasz szansa na wschód słońca nad morzem - pogoda zapowiadała się przepięknie. I tak drugi dzień z rzędu wstaliśmy o czwartej. Latanie samolotem w kraju jest tańsze, owszem, i niby szybsze, ale jak doliczysz do tego czas oczekiwania na lotnisku, przejście przez kontrolę bezpieczeństwa, gdzie możesz czekać i dziesięć minut, ale czasem i czterdzieści, sprawia, że całość podróży samolotem, to w sumie tyle, co jazda pociągiem. Powiedziałabym, że nawet pociągiem tak nie trzęsie, jak czasem samolotem. Ale do brzegu. W Warszawie wstaliśmy o czwartej by być o szóstej na Lotnisku Chopina, a w Gdyni wstaliśmy o czwartej by zdążyć na wschód w Orłowie - jak wschód to tylko tam, nie braliśmy nic innego pod uwagę. Nie muszę mówić, jak bardzo byliśmy przytomni, gdy zadzwonił budzik ;)

Ledwo zdążyliśmy. Już podczas marszu promenadą widoki zza drzew były istnymi pocztówkami, a im bliżej plaży i godziny zero, tym piękniej. Trafiliśmy jeszcze na kilka rannych ptaszków - jednym z nich był fotograf, który jak się potem okazało, czekał na młodą parę. Około pół godziny po wschodzie rozpoczęli plener ślubny. Miło się to oglądało i przywoływało dużo ciepłych wspomnień.





Tego dnia pogoda do południa bardzo sprzyjała spacerom i eksplorowaniu klatek schodowych. Gdynia jest stosunkowo młodym miastem i rozwinęła się z chwilą powstania portu w dwudziestoleciu międzywojennym. Od początku była rozbudowywana w duchu modernistycznym. Architektura o prostej i jasnej bryle sprawiła, że do Gdynii przylgnęło określenie "białego miasta". Jeśli jesteście ciekawi, to wiele o najważniejszych modernistycznych perłach architektury w Gdyni znajdziecie tu i tu. Warto też śledzić wydarzenia w sieci, ponieważ są organizowane wycieczki po klatkach schodowych lub innych obiektach. Nam udało się dostać do dwóch (wiadomo, to nie jest taka prosta sprawa, gdy klatka znajduje się w mieszkalnym budynku ;).








W naszym planie zwiedzania były również wcześniej wspomniane muzea: Emigracji oraz II Wojny Światowej. Pierwsze znajduje się w Gdyni - można tam dojechać komunikacją miejską, ale spacer z centrum zajmuje około dwadzieścia minut. O samym budynku i jego modernistycznej bryle wspominał Filip Springer w Księdze Zachwytów. Warto je zobaczyć dla samej architektury, jeśli nie interesuje was wystawa. Sama wystawa jest bardzo obszerna, choć momentami trochę odbiegająca od tematyki emigracji. W moim odczuciu najbardziej ciekawą częścią była ta opowiadająca o warunkach podróży i sposobie dotarcia z terenów polskich do Ameryki w XIX wieku - dużo ciekawych faktów o życiu codziennym na statku, o bagażu jaki zabierali ze sobą emigrujący, czy o sposobie przypływu ludzi na Ellis Island w Nowym Yorku. Na zwiedzenie wystawy warto zarezerwować ok. dwie godziny, a w środy wstęp jest bezpłatny.

Z kolei Muzeum II wojny Światowej jest o wiele większe pod względem zgromadzonego materiału, czy przestrzeni - w ogóle rozmachu. Bilet najlepiej rezerwować online i to z wyprzedzeniem. Wstęp bezpłatny na wystawę stałą jest możliwy we wtorki. Zwiedzenie trwa ok. trzy godziny i mówię to bez zupełnej przesady. Scenariusz wystawy i jej zawartość merytoryczna znacznie wybiega po za narrację o II wojnie Światowej znanej ze szkół, gdzie duży nacisk kładzie się na perspektywę polską. To muzeum bardzo poszerza posiadaną już wiedzę, uzupełnia o nowe wątki i ukazuje nowe punkty widzenia. Kolejne sale w muzeum opowiadają o m. in.: Wojnie Zimowej, okupacji w Państwie Vichy, udziale militarnym Japonii na terenach Azji, oblężeniu Leningradu, Holocauście i masowych mordach w innych krajach Europy Centralnej i Wschodniej, bombie atomowej w Hiroszimie, powojennych procesach zbrodniarzy wojennych i o jeszcze wielu innych tematach. Wystawa jest skonstruowana bardzo różnorodnie, z dbałością o jej wizualny aspekt. Jest również wiele interaktywnych elementów. 




Spacerując po Gdańsku dotarliśmy również do Teatru Szekspirowskiego, którego jednak nie zdecydowaliśmy zwiedzać wewnątrz. Pomimo tego polecam to miejsce - pójdźcie, zobaczcie, przejdźcie się tarasami - to bardzo ciekawe miejsce, gdzie pięknie gra światło, gdy tylko wyjdzie słońce.


Z knajp udało nam się jeszcze odwiedzić nieśmiertelne Śródmieście, skąd tradycyjnie wytoczyliśmy się z pełnymi brzuchami oraz Chwila Moment, a konkretniej Moment na piętrze. Główna Osobowa skradła nasze serce, więc nie dotarliśmy do Chwili na śniadanie. Menu w Moment było w porządku, choć smakowo bez szału, za to bardzo miła i zorientowana obsługa, w przeciwieństwie do Śródmieścia.


W tym roku zupełnie zrezygnowaliśmy z pojechania do Sopotu, a szkoda, bo miałam na oku parę ciekawych gastronomicznych miejsc. Pozostały czas spędzaliśmy w iście emerycki sposób - spacerując po plażach, molo, gdyńskich ulicach oraz pijąc cydr. Do zobaczenia za rok!





wersja bardzo urlopowa ;)

zdjęcia, na których jestem ja, pani w SKM
i wnętrza Muzeum II Wojny Światowej  - Michał
reszta, ja ;)

  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze

Szukaj