Sowa ogląda..., czyli filmy maja i czerwca #5

10 lipca

Maj był filmowo bardzo ubogi. Złożyło się na to wiele czynników - zarówno wyjazdowych, jak i zdrowotnych, które sprawiły, że nie nawet nie miałam ochoty czegokolwiek oglądać. Progi kin zostały przeze mnie odwiedzone w zatrważająco niskiej częstotliwości i bardzo się stęskniłam za tymi ciemnymi salami, bo jednak oglądanie filmu w kinie, to coś innego niż na kanapie, pod kocem, patrząc w mały ekran laptopa. Z kolei czerwiec podbił troszkę licznik, ale niekoniecznie w sposób, jaki bym sobie tego życzyła. Przez ostatnie dwa miesiące trafiło się kilka min -  i to na nich się bardziej skupiam. Bardzo dobre filmy zostawiły mnie z wewnętrznym podziwem, którego nie umiałam przekuć na słowa. 

Pierwszą lekturą na zajęciach z literatury obcej była Pianistka Elfride Jelinek. Nie spotkałam nikogo, kto stwierdziłby, że historia nim nie wstrząsnęła - w jakikolwiek sposób. Wchodząc na zajęcia, na których mieliśmy omawiać tę pozycję zastanawiałam się - i pewnie nie tylko ja - o czym my, do cholery, będziemy rozmawiać? Wykładowczyni omiotła nas spojrzeniem i dostrzegając niewyraźne miny, powiedziała: "no dobrze, moi drodzy. powiedzcie mi... co ta książka wam zrobiła?". I jakoś tama pękła.
Film ogląda się lżej. Bardzo możliwe dlatego, że to reżyser wziął na siebie pracę opowiedzenia i pokazania nam całej historii. Czytając książkę wizualizacja fabuły jest bezwiedna oraz niezbędna, a moc stosowanych przez Jelinek zabiegów była bardzo odczuwalna. Haneke miłościwie widza odciąża - tak, naprawdę tak jest. Film jest w formie, jak i treści lżejszy, nie tak rozmyty, głośniej i wyraźniej formułujący wątki oraz problematykę. Dojmująca samotność wynaturzająca w ludziach patologiczne odruchy, których naturalnych następstwem jest autodestrukcja. Toksyczne relacje generujące jeszcze więcej toksycznych relacji. Działania jakich dopuszcza się Erika (niesamowita Isabelle Huppert w tej roli), nie pozostawiają złudzeń, co do ich źródła i pochodzenia w pierwszej linii, aczkolwiek ich głębsza motywacja, odnosząca się tylko i wyłącznie personalnie do tego wycinka życia Eriki, już tak jednoznaczna nie jest. Można mówić, że Erika nie umiała stworzyć zdrowej relacji, bo nie miała takowej na wzór, ale już, co to tak naprawdę chce osiągnąć poprzez romans z uczniem, tak analitycznie proste i klarowne nie jest. Konflikt ofiary i kata, konflikt między chęcią utraty kontroli, a ciągłym panowaniem nad biegiem zdarzeń, zderzanie się egzaltacji z wyrachowaniem, dostrzeganie demoralizacji i jej werbalne potępianie oraz jednoczesne jej uleganie. To są węzły osobowości skrzywionej przez sytuację w świecie powtarzalną (no, powiedzmy - na pewno nie aż tak skrajną), ale jednak wyjątkowej i jedynej, dzięki garniturowi cech osobowościowych i pasji, które Erice przyporządkowano "odgórnie". To jest fascynujący i jednocześnie odpychający rebus. Tak, mimo wszystko - fascynujący. Seans dla odpornych, ale i wymagających.

To jest jeden z najpiękniejszych filmów rodzimej produkcji. Najpiękniejszych ze względu zarówno na zdjęcia, jak i przekaz o wielkim oraz czystym pragnieniu absolutnej miłości. Chyba nie istnieje w tym filmie ujęcie, które może się nie podobać i które nie mogłoby istnieć samodzielnie. Są one niczym obrazy, zupełnie samowystarczalne, stanowiące samo o sobie. Prostota, cisza, filozofia nieskomplikowanego życia zgodnego z tempem natury. Poszukiwanie odpowiedzi na pytania, które stawia sobie każdy oraz dochodzenie od tych samych rozstajów, tych samych znaków, tych samych ślepych uliczek. A jednak w żadnych stopniu nie jest to powtarzalne, czy wręcz odtwórcze. Nic z tych rzeczy. Nie sposób po seansie na chwilę się nie wyłączyć i nie pomyśleć trochę o Janku Praderze. Smutnym człowieku, który wyrusza w drogę by odnaleźć, nawet nie tyle uczucie, a nieskazitelny i absolutny spokój, który jest podstawą, całą jaskrawością, na którą składa się wszystko inne. I tak kluczy wśród tych drzew, wśród śniegu i mówi, że dopóki sił, będę szedł, będę biegł, nie dam się. Pięknie jest tak wierzyć, choć przez krótką chwilę.

Ósmy dzień tygodnia
Twórczość Marka Hłaski ma to do siebie, że zachwyca w pewnym wieku lub w pewnym etapie życia - kiedy nagle trzeba stawić czoła nowym emocjom, obowiązkom, kiedy zderzamy się z dorosłością i nabieramy większej samoświadomości. Kiedy się gubimy i każda opcja wydaje się tylko mniejszym złem. Tacy są wszyscy Hłaskowi bohaterowie - bez celu, wyzuci, obdarci z niewinności (lub na prostej drodze ku jej utracie), doświadczeni przez los, który nie pozwala im opuścić sztandaru raz w życiu pomyliłem kroki i od tego czasu chodzę krzywo. I każdy będzie miał taki etap w życiu, kiedy będzie się z tym identyfikował, a później uzna, to za literackie zjawisko o bardzo pretensjonalnym charakterze. Literacko Ósmy dzień tygodnia bardzo wyróżnia się na tle pozostałych opowiadań, da się wyczuć głęboką paletę emocji, które noszą w sobie bohaterowie i nie jest to tylko... chęć fizycznej bliskości, którą z uporem maniaka wałkuje reżyser, biorący na warsztat opowiadanie Hłaski. Wyszło bardzo prostacko, film zdaje się opowiadać tylko o ludziach, którzy po prostu chcą się ze sobą przespać i muszą pokonać piętrzące się po drodze trudności (wedle opinii Hłaski "rżnąć się można wszędzie", więc cały zamysł filmu pada u podstaw). A gdzie w tym wszystkim marazm dotykający pokolenie, dla którego nie przewidziano miejsca w nowym systemie? Gdzie lęk głównego bohatera przed miłością? Gdzie przemiana z zawziętej w poszukiwaniach szczęścia Agnieszki w osobę depczącą wszystkie ideały, które tak starała się chronić? Gdzie to wyczekiwanie, na to niemożliwe do spełnienia? Gdzie ta nadzieja, choroba szaleńców od której się umiera? Nie ma tego - jest sucho, sztywno, bardzo teatralnie i bez uczuć. Bohaterowie zdają się być szalenie krótkowzroczni, bez głębi, oderwani od co mówią, a tego jak postępują. Boli szalenie, jak Ford to wszystko spłycił.



The Circle. Krąg
Temat cyfryzacji współczesnego społeczeństwa jest atrakcyjnym kąskiem i trudno się dziwić, że takie pozycje cieszą dużą popularnością i ośmielają twórców do opowiedzenia swojej wersji technologicznej (anty)utopii. W czasach, gdzie ludzie żyją bardziej online, niż w rzeczywistości, pracują do późna w korporacjach, żyją napędzani motywującą mową-trawą couchingowych hr-owców i co raz częściej przekraczają umowne granice rozdzielające życie prywatne od tego publicznego (czyt. w sieci), pokusa opowiedzenia, co się stanie, jeśli puszczą wszelkie hamulce, a przyspieszenie technologiczne nie pójdzie w parze z rozwojem emocjonalnym społeczeństwa - może być szalenie ogromna. Zobaczcie jaka czeka was zagłada, gdy dacie się zaciągnąć w technologiczny kołowrotek! Niestety łatwo popaść w skrajności, przesadę i niczym nieumotywowane przejaskrawienie, co wielokrotnie stawało ością w gardle tego typu produkcji. Łatwo też otrzeć się o klasyczne schematy, biało-czarne kategoryzowanie, budowanie postaci w oparciu o komplet pewnych cech i motywacji oraz bardzo czytelne puenty, których sformułowanie jest właściwe możliwe od pierwszych minut filmu. A jak tam z The Circle? Podobnie. Twórcy skorzystali ze wszystkich dostępnych narzędzi, które wymieniłam, a do tego - nieumiejętnie. Dawno nie oglądałam filmu tak tendencyjnego i miałkiego, do tego z tak fatalnie rozpisaną główną postacią, której działań nie można umotywować w żaden logiczny sposób. Zbyt szybko ze sceptycyzmu i ostrożnego zapoznawania się z nowościami, jakie czekają główną postać, przechodzimy w skrajne uwielbienie dla technologii. Nie ma w tym czytelnej i wiarygodnej transformacji lub z drugiej strony - podstępu i triku, który Mae mogłaby wykorzystywać dla własnych celów. Motywacja rozpływa się wśród niecelnych dialogów i nieciekawego oraz nieczytelnego arsenału gestów i mimiki, jakimi Emma Watson wyposaża swoją bohaterkę. Cóż, wielka szkoda.

Sama przeciw wszystkim
Zaskakujące jest, jak niektóre genialne filmy, przechodzą bez żadnego echa. Zero promocji outdorowej, zero w mediach, a jeśli chodzisz do kina tak często jak ja, to jesteś w stanie zorientować się, na transmisję, których zwiastunów wyłożono grube pieniądze, bo widzisz je co seans. W przypadku tego filmu, otaczała go promocyjna cisza, której poziom był odwrotnie proporcjonalny do mistrzowskiego stopnia dialogów, kapitalnej linii fabularnej oraz warsztatu aktorów. No cóż, chyba nie wpasował się w czas - lepiej było zainwestować czas antenowy w śmieciową Wonder Woman (o tym poniżej). Sam pomysł na postać Madeline Sloan, która wydaje się zawodowym terminatorem, jest godny podziwu. Niesamowicie niejednoznaczna osobowość, której spektrum motywacji odkryjemy dopiero z ostatnią sceną. I choć ciężkość scenariusza rozkłada się bardziej ku ambitnej i zdeterminowanej lobbystce, dla której istnieje tylko jeden możliwy i satysfakcjonujący rezultat prowadzonej sprawy, to drobne wskazówki narratora, subtelnie podkreślają, jak pękniętą na pół jest ona postacią. Sprawa, której się poświęca, nie tyle jest sprawą ambicji i sukcesu, a pewnym sposobem na okiełznanie siebie. Chapeau bas Jessica Chestain oraz Jonathan Perera - wyszło prawdziwe cacko!

American Honey
Majstersztyk prowadzenia kamery - a zarazem majstersztyk budowania dzięki temu emocji. Jeden z najciekawszych filmów, jaki miałam w ostatnich miesiącach okazję oglądać, właśnie pod tym względem. Wyodrębniłam dwojakiego rodzaju ujęcia. Pierwsze zamykają się w ciasnych, dynamicznych kadrach, wręcz przyjmujące percepcję "reality show"; wokół kamery często tłoczy się kilkoro ludzi, kamera zdaje się być w epicentrum wydarzeń, w których uczestniczą bohaterowie, obraca wokół własnej osi, energicznie zmienia obiekt swojego zainteresowania, skacząc od twarzy do twarzy. Ujęcia prosto z auta, którymi bohaterowie przemierzają kolejne stany, skracają dystans pomiędzy widzami, a światem filmowym - poczucie "zanurzenia się", prawie że siedzenia fotel w fotel obok Star, jest szalenie namacalne. Ponadto obraz jest malowany bardzo mocnymi i nasyconymi kolorami, które wzmacniają żywiołowy efekt. Przeciwwagą dla tego dynamizmu są bardzo poetyckie, ukierunkowane na detal ujęcia, zamykające w sobie piękno chwili oraz chwytają jeden i niepowtarzalny moment. Tutaj spokojniejsze są też barwy - trochę przydymione i pastelowe. Większą rolę odgrywa gra światła i cieni podkreślające ulotność zjawisk. Obydwa sposoby opowiadania historii cudownie rozkładają tempo akcji oraz oddają charakter eskapady i wewnętrzny chaos głównej bohaterki, która nie tyle szuka zarobku, co sposobu na wartościowsze "przeżycie życia". Gubi się po drodze, wciąga ją wir wydarzeń, niezbyt szczęśliwie lokuje wiarę i uczucia, ale jednak... wszystko płynie. Ewolucja się dokonuje, pewnie nie pierwsza, nie ostatnia. To tylko jeden z wielu wycinków, jaki mogliśmy podglądać i otwarte zakończenie uzmysławia, że główną bohaterkę jeszcze wiele czeka, a jej podróż tak naprawdę się zaczyna.



Wonder Woman
Zupełnie nierealistyczny. Nie można mieć tak perfekcyjnej fryzury biegając od okopu do okopu podczas salwy pocisków z CKM. Walcząc wręcz. Burząc budynki. Jadąc na koniu. W ogóle przemieszczając się z punktu A do punktu B. Nawet siedząc. I do tego zawsze ten wiatr wiejący w odpowiednim kierunku, w związku z czym bohaterka nie ma problemu z włosami przyklejającymi się do ust podkreślonych błyszczykiem. Szczyt szczytów, co za zakłamanie!

A pomijając powyższe, ten film to żenua najwyższych lotów. Ilość facepalmów, jakie zaliczyłam podczas seansu jest niemożliwa. Marny na każdym możliwym poziomie, począwszy od castingu (zupełnie bezbarwny Chris Pine), fabuły (która jest oparta na klasycznym, nie wyróżniającym się schemacie filmu o superbohaterach, a główna postać kobieca w ogóle nie odmienia tego wzoru), efektów specjalnych (ryknęłam śmiechem, gdy pewna postać wydłubała sobie wizjer w hełmie na oczy) i logicznym (błędy w warstwie fabularnej i technicznej można mnożyć - szczególnie ujął mnie fakt, że bohaterowie przedostali się z wybrzeży Turcji do Londynu... w jedną noc na archaicznej łodzi z żaglem). Cały film to widowiskowe szlajanie się obłędnie pięknej WW po okopach I wojny światowej, która niczym jakaś lunatyczka powtarza wszystkim, że musi zabić Aresa. Jak bardzo brzmi to, niczym kolejny dziwny pomysł niezrównoważonej emocjonalnie kobiety, której łagodnie trzeba powtarzać "hej, weź, usiądź, ochłoń i zastanów się, czy to jest w ogóle możliwe, a w ogóle masz, zjedz ciasteczko". Co gorsze za przewodnika w wielkim świecie WW bierze mężczyznę, który wiecznie i wszędzie musi jej wszystko tłumaczyć. A ti, ti ti, Diana, jakaś ty głupiutka, to nie zbroja, to gorset. To nie jest urocze. Zabawne. Słodkie. To jest lekceważące. Film wyreżyserowała kobieta, która zrobiła to przyjmując percepcję faceta, który chce obejrzeć film o superbohaterce i stosuje zabiegi pod tego typu widza. I w taki oto sposób mamy na przykład cały ciąg fabularny o wyspie pełnej samotnych, pięknych amazonek, a owa wizja oślinia każdego mężczyznę (notabene, to jest z kolei seksitowskie w stosunku do płci męskiej), który o tym fakcie się dowiaduje. Jak bardzo jest to seksitowskie? Naprawdę tylko na tyle stać scenarzystów, którym rzucono taki kąsek na stół? Wstyd i żenada, nie pamiętam, by jakiś film tak szalenie mnie rozeźlił.

Major
Film, który od pierwszych scen absolutnie miażdży Cię mocą i surowością opowiadanej historii. Minimalistyczne aktorstwo, kontrast rozległych i zimnych planów filmowych z klaustrofobicznymi, przytłaczającymi wnętrzami, oszczędna operatorka, muzyka w punkt - to tylko kilka z wielu zalet tego obrazu. Konsekwentnie stosowany turpizm umiejętnie nie przekracza poziomu, za którym stoi już tylko przesada, generalizacja i podkoloryzowanie. Jest bardzo ponuro, jest  przygnębiająco, jest surowo. Zimno i odór wódki czuć z ekranu. Spotkałam się z opinią, że Yuriy Bykov, to taki rosyjski Smarzowski, ale chyba tylko w estetyce, bo jego bohaterowie, to zupełnie inny rząd dusz. Wola przetrwania, bezlitosna machina działań służ, etyczne rozterki, sprawa lojalności, korupcyjna bezwzględność "góry", chęć wymierzenia sprawiedliwości,  impas etyczny, gdzie każde rozwiązanie sprowadza dotkliwe konsekwencje - melanż powyższego nie zostawia niczego w czerni lub bieli. Dojmująca szarość razi po oczach. Temat winy i kary opowiedziany na nowo, ze świeżą mocą, no prawie że na miarę Dostojewskiego.



Co jeszcze widziałam w maju i czerwcu?

A Wy co widzieliście w tym miesiącu? Co mi polecicie?

  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze

Szukaj