Trochę o książkach, a trochę o życiu

22 maja

Refleksje po Targach Książki: w Polsce czyta się głównie fit, healthy przewodniki o byciu slow, które mówią żryj to, żryj tamto, a o tym to nawet myśl oraz że jedyną słuszną decyzją jest porzucenie korporacji oraz śmieciówek i afirmowanie w otoczeniu pól, jezior, owiec i lasów (najlepiej na Islandii, w ostateczności w Bieszczadach, ale tam to tłok, więc bądź pionierem i wymyśl nowy kierunek, w którym można odnaleźć siebie), gdzie można zbierać jadalne rośliny (żebyś tylko nie skończył jak Christopher McCandless, tak tylko mówię) robić z nich koktajle i maseczki na każdą partię ciała, medytować i co robić być bardziej "mniej niż więcej". Koniecznie z tym worem książek, które nauczą cię jak olewać innych, być sobą, jeść, myć twarz i poinstruują, jak chwytać dzień i to nie tylko piątek po godzinie siedemnastej.
No i czyta się jeszcze Żulczyka i Piotra C., którym dozgonną miłość wyznawała w kolejce do wejścia tegoroczna maturzystka.


Rok temu wróciłam z torbą wypchaną wydawniczymi nowościami, po których przeczytaniu refleksje miałam różne, ale jednak było w czym wybierać. Ważyłam książki w dłoni, medytując, czy bardziej ciekawa będzie Historia Pszczół M. Lunde, czy może Zasłona M. Kundery. Ostatecznie brałam obydwie i dorzucałam jeszcze trzy inne. Wpadła mi wtedy do torby jedna "ekspercka" książka tj. Mówiąc inaczej P. Mikuły, której do tej pory nie przeczytałam - taka prawda. Tego roku miałam problem z przebiciem się przez ten zalew tytułów coachingowych i celebryckich, by znaleźć po prostu... literaturę. Ostatecznie znalazłam piętro niżej. Na antykwariatach.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie dotarł do mnie trend na życie trochę w poprzek lub jak niektórzy już uważają - z powszechnym nowym nurtem. Nie jem wszystkiego właśnie po to, by móc cieszyć życiem bez wizyt u lekarza (ewentualnie na pogotowiu); nie znajdziesz u mnie w łazience kosmetyków z jakimkolwiek podejrzanym składnikiem, bo wystarczająco mam problemów z cerą, by dokładać jej coś, co tylko maskuje problem, a nie go leczy; czytam składy i zdarza mi się wybierać horrendalnie drogi produkt, bo wiem, że to lepsze niż trzy inne tańsze; w mieszkaniu mam fabrykę kiszonek, z których najbardziej odjechane do tej pory były rzodkiewki; mam silnie rozwinięte poczucie, że nie obchodzi mnie zdanie innych na temat mnie i tego, co robię i co najważniejsze nauczyłam się tego sama; jestem asertywna i odmawiam - również w pracy, gdy nie odpowiada mi jakaś rzecz i nie kiszę się ze zgryzoty, jak te moje rzodkiewki; kupuję ubrania z naturalnych materiałów, bo chcę mieć coś na dłużej niż sezon; zaliczyłam dwu i pół miesięczną przygodę treningową z Mel B i czasem marzę, by wyjechać z Michałem na Wyspy Owcze i pracować przy sortowaniu ryb. Ale zapominam, że trzeba pić 1,5h wody dzienne, socjalizować się, utrzymywać przyjaźnie, zamiast siedzenia na fb mogłam coś przeczytać i że te frytki oraz szmatę z h&m, to mogłam sobie darować. Nobody is perfect. W przeciwnym wypadku skończysz tak.

Teoretycznie jestem idealnym odbiorcą "gatunku", który obecnie króluje, a na mojej półce znajdziesz tylko Paleo przewodnik I. Wierzbickiej i K. Karus-Wysockiej, Finansowego Ninja M. Szafrańskiego, Elementarz Stylu K. Tusk i Magię sprzątania M. Kondo - przyznaję, że przynajmniej jeden z nich mogłabym sobie darować. Skąd ta mała ilość? Żelazny odsiew tego, co zalewa mój newsfeed? Bardzo chcę w to wierzyć. Ludziom żyje się teraz za dobrze, możliwości wyboru jest tyle, że poczucie zagubienia jest naturalnym tego skutkiem. Masz partnera/rodzinę/kota, pracę (i nawet ją lubisz), pieniądze, wycieczki, pełną lodówkę, dostęp do Internetu, gar pomidorowej, sorry wegańskiej zupy krem z ciecierzycy, zabukowaną rezerwacje w kinie lub pubie ze znajomymi, wydajesz się wiarygodny dla banku na tyle, że chyba da Ci kredyt, ale jakoś tak... złapałeś ten ogon, co go trzeba gonić? Okazuje się, że to jednak nie to? Szukasz, ee nie wiem... spokoju? BANG! Mamy Cię, oto nasza najnowsza książka "Odnajdź siebie, gdy odnalazłeś wszystko inne bla bla bla...", wskocz na kolejny poziom samorealizacji, tu zaliczyłeś już wszystkie questy. 

A to chyba jest tak, że spokój i szczęście trzeba sobie stworzyć, a nie go szukać. Jak się uprzesz, to go stworzysz w Pcimiu Dolnym, nie potrzeba do tego Indii, a ni żadnej książki. Ale co ja tam wiem.


Zastanawia mnie charakterystyka obecnego okresu literackiego za sto lat na egzaminie na filologii polskiej. Wyobrażam sobie, że student recytuje, że "...jednym z głównych nurtów literatury popularnej był nurt coachingowy, z elementami krytyki ekologicznej oraz psychologii, silnie ukierunkowany na potrzeby klasy średniej z dużych, miejskich ośrodków, którzy podatni na manipulację mediów i PR wydawnictw stawali się podręcznikowym odbiorcą tejże literatury. Żyjący w dobrobycie, nie mając wielkiego celu, do którego mogli dążyć, zatapiali się w lekturze pozycji, które generowały kolejne możliwości do odhaczenia i stwarzały poczucie, że robią cokolwiek, są w ciągłym ruchu działania, co było odbierane jako pozytywna i pożądana cecha społeczeństwie, którego naczelną dewizą, było wychodzenie po za strefę komfortu. Wśród autorów pojawiały się dwie grupy: ekspertów w danej dziedzinie, którzy swoją działalność zaczynali w ściśle hermetycznym środowisku naukowym lub przeciwnie - otwartym na żywą interakcję środowisku Internetowym oraz osoby istniejące w opinii publicznej jako celebryci. Stałe istnienie w mediach generowało większe zaufanie do przekazywanych przez nich treści, a co za tym idzie, większą poczytność..."

Dlatego chyba moją największą refleksją po tych targach jest to, że to popyt generuje podaż i to mnie smuci najbardziej. Ja wiem, przecież można mi powiedzieć "ty to chyba byłaś w złym miejscu tych targów...", "jakaś do tyłu jesteś w tym, co na czasie, tyle jest fantastycznych tytułów na rynku", "po co krytykujesz, nie kupuj, proste!", "a co ty chcesz, by ludzie teraz czytali? Mickiewicza? Sienkiewicza?".

Może trochę bym chciała i to nie takie wydanie z zaznaczonym na marginesie wskazówkami "opis przyrody", "opis kondycji społeczeństwa" itp. Może bym chciała, by ludzie sięgali po coś bardziej wymagającego, bo to trenuje mózg. Może bym chciała, by czytanie sześciu lektur podczas jednego roku szkolnego w liceum nie było odbierane, jako kara. Może bym chciała, by nie kupował tego, jeszcze ktoś inny. Może i się trochę zgubiłam na targach i nie dotarłam gdzie trzeba - nie kwestionuję, ale od opisywanego trendu nie można nie dostać oczopląsu. Może nie jestem w stanie wyjść za mój zaklęty krąg Schulza, Kundery, Woolf, Faulknera, Capote'a, Gombrowicza, Barańczaka, Różewicza, Myśliwskiego, Konwickiego, Białoszewskiego i Marqueza. I to nie jest tak, że uważam "literatura skończyła się 50 lat temu". Mam ochotę dać w zęby każdemu, kto mówi tak o czymkolwiek. Cenię sobie niektóre pozycje Tartt, Dehnela, Tulli - coś zawsze staram się wyłuskać, odsiać. W tym roku nic wartościowego nie przykuło mojej uwagi. Wszędzie przewodniki, reportaże, kryminały i książki podróżnicze... Mięsistej powieści mi potrzeba.

I najważniejsze. Może ja sobie ten spokój stwarzam, a ktoś musi przeczytać te sto książek, by odkryć, że on też może. Może tak jest i co mi tam do tego.


  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze

Szukaj