Sowa ogląda..., czyli filmy kwietnia #4

15 maja

Kwiecień obfitował w niesamowitą różnorodność - filmy muzyczne, najważniejsze dzieła Asghara Farhadiego, kino rosyjskie, kilka świetnych dokumentów, czy Wiosna Filmów w Kinie Praha z ogromną dawka kina niszowego. Co drugi tytuł to lepszy, niosące ze sobą ogromny ładunek emocjonalny. Skupiłam się tylko na najlepszych. Jeśli jesteście ciekawi ocen innych filmów, odsyłam do swojego filmwebu lub zapraszam do dyskusji pod postem. Zapraszam do przeglądu!


Filmy Asghara Farhadiego, to jedne z moich najlepszych odkryć tego miesiąca. To filmy-buldożery, którą zostawiają w odbiorcy niemałą zadrę. Trzy, które obejrzałam, mają wiele wspólnych punktów i krzyżujących się osi, które tworzą artystyczną mitologię Farhadiego. I choć lepi ją za każdy razem na nowo na potrzeby odpowiedniej fabuły, to nie sposób wyczuć podobnej atmosfery towarzyszącej każdemu filmowi. Niby wszystko to samo, a jednak coś nowego. Jednak zaznaczam, że to Klient i Rozstanie są najbardziej zbliżone pod względem poruszanych kwestii społecznych, religijnych czy emocjonalnych. Przeszłość - chronologicznie najstarszy film, prawdopodobnie przez umiejscowienie miejsca akcji prawie w ogóle nie odwołuje się do powyższych, ale nadal zanurzony jest w gęstej sieci uczuć, które są w stu procentach zbieżne ze wzorcem. Wszyscy bohaterowie Farhadiego spotykają się ze sobą w pół kroku i punktem tym - czy to Iran, czy to Francja - jest zawsze dom będący krajobrazem dla rozpadu rodziny. Są domy przywołujące traumatyczne wspomnienia, domy których szkielet oddaje patchworkowy szew łączący ludzi w nim żyjących, domy pułapki, domy gdzie życie toczy się na pozór, domy na deskach teatru, które odbijają w powiększającym szkle problemy bohaterów, domy, które przestają być schronieniem dla jego mieszkańców. Bohaterowie krążą, zataczają mniejsze lub większe kręgi, ale zawsze wracają do tego centrum, jak gdyby liczyli na rozwiązanie problemu właśnie w tym miejscu, co jest oczywiście złudne lub wykazują zwykły ludzki atawizm odwołujący się do potrzeby schronienia. Drugim interesującym aspektem filmów Farhadiego jest konstrukcja głównych bohaterów. Postacie poznajemy przez to co mówią lub raczej - czego nam nie mówią. Nie ma możliwości podążania za wszystkowiedzącym narratorem, dzięki któremu odkryjemy wszystkie karty przed bohaterami. Nasz stan wiedzy jest zależny od decyzji bohatera, który postanowi opowiedzieć, to co ukrywał, to czego nie był pewny, to czego unikał, to co było dla niego zbyt trudne. Mistrzostwem niuansów w tej kwestii jest Klient, w którym do samego końca, widz nie jest pewny, co tak naprawdę zaszło podczas napadu i tylko pewne detale sprawiają, że utkanie (ale nie pewnej!) tezy staje się możliwe. Problematyczny jest również stopień eufemizacji samego wydarzenia - zdajecie sobie sprawę na ile sposobów można opisać napad, prostytutkę lub gwałt nie używając żadnego z tych słów? Tabu sprawia, że zaciera się faktyczny kształt wydarzenia, przez co odbiór wewnątrz fabuły, jak i odbiór widza jest szalenie skomplikowany. Nie dość, że musimy przebić się przez fasadę emocjonalną bohaterów sensu stricto, to jeszcze natrafiamy na mur ukształtowany przez obyczajowość i religię w warstwie fabularnej oraz zabiegi mające na celu oszukać cenzurę, które jeszcze bardziej zacierają znaki. Bohaterów Rozstania definiują tylko słowa wyrzucane z siebie w tempie karabinu maszynowego albo przeciwnie mielone przez zęby i trzymane na uwięzi. Co rusz pojawiają się niedomówienia, postacie przyłapują siebie na kłamstwach, żadnego z bohaterów nie da się wybielić lub oczernić - mistrzostwo naturalnej szarości w kwestiach zbyt trudnych by zdecydować się skrajne sądy. Do tego dochodzi znów obyczajowo-religijne tło, które determinuje losy bohaterów, ich odbiór przez społeczeństwo czy nawet postrzeganie przez organy prawa. Klient i Rozstanie to wylęgarnia bardzo subtelnych reguł, jakimi rządzi się społeczeństwo w Iranie oraz jak patrzy się na kobiety stające się centrum wydarzeń odbiegających od naturalnego biegu życia - napad, poronienie, bójka, rozwód, zdobywanie wykształcenia, realizacja artystyczna. To doskonałe obrazy wolne od nachalnej demagogii, wyłamujące się z typowej narracji dotyczącej krajów arabskich przez co bardzo uniwersalne. Z kolei Przeszłość to najbardziej "europejski" z tych trzech film Farhadiego, ale niczym nie ustępuje swoim następcom. Melodramat, który ogląda się jak kino akcji - to naprawdę trzeba umieć. Brawurowa rewolta o uczuciach, zaszłościach, niedomówieniach, odpowiedzialności za swoje czyny oraz różnych odcieniach miłości. Tematycznie znów dotykamy ulubionego tematu Farhadiego, czyli kłamstwa, prawdy i niedomówienia (a może raczej czy niedomówienie to już kłamstwo?) w relacjach międzyludzkich, na których obecność bohaterowie decydują się w różnych względów. Ich działania ostatecznie determinuje potrzeba oczyszczenia, która początkowo gorzka do przełknięcia, pozwala odnaleźć zagubiony po drodze moralny drogowskaz. 



Wszystkie negatywne recenzje na temat tego filmu szalenie mnie zaskoczyły, choć to nie jest tak, że nie dostrzegam żadnych wad. Sporym minusem jest na pewno brak dobrych teksów piosenek przez co w sumie powinno się taki musical stosowanie olać, ale jednak jest w tej historii tyle świeżości, tyle nowości, kreatywności i niesamowitej naturalności, że nie sposób przejść obok tego zupełnie obojętne. Słowiański Plusk, jest oczywiście bardziej mroczny, drapieżny seksualnie, na zmianę turpistyczny i cukierkowaty. Ponadto wyposażony w fantastyczną fabułę rodem z romantycznych ballad o świteziankach, która uwspółcześniona, daje świetny efekt kolażu z tradycją i ludowymi wierzeniami oraz nie tak daleką przeszłością, bo Warszawą lat 80. Nic w tych naszych syrenkach z Arielki, bliżej im krwiożerczych, zwodniczych potworów, słowiańskich strzyg, czy co tam można znaleźć w ludowych bestiariuszach - jednakże utkane ze znanych schematów fabularnych o  nastoletnich pogubionych dziewczynach, których uczucia rozpięte na sznurku, gdzie jednym końcem jest romantyczna miłość, a drugim destrukcja siebie i otoczenia, nie są tak bardzo obce. Ogromnym plusem jest również bajeczna scenografia, która możliwe że momentami nie została dostatecznie wykorzystana - oglądając niektóre ujęcia rodził się we mnie samozwańczy ekspert, że "noo, ejj, czemu kamera właśnie tak...?". Mimo tego film polecam, to jest nie do odpuszczenia.

Z tymi biografiami, to wiadomo jak jest. Trzeba wyjąć to, co najlepiej oddaje "ducha" w życiorysie, wykopać te kamienie węgielne, doszukać się stałych, miarowo bijących wahadeł. W Dalidzie skupiono się załamaniach nerwowych, próbach samobójczych, mniej lub bardziej udanych powrotach do równowagi i przesadnej wrażliwości, którą miała się charakteryzować. To może brzmieć, jak kiepski i płytki melodramat, ale nie, jeśli zobaczy się postać, którą z tego wszystkiego ulepiła Sveva Alviti. Sięgnięcia do takich głębin, to gwarantuje - dawno nie widzieliście. Filmowa Dalida po prostu chwyta - jest jednocześnie stała i dumna jak grecka kariatyda, kobieca, niczym Kleopatra, by zaraz zamienić się w kruchą i wiotką Pietę, która... ok, bez spoilerów! Uniwersalność tej postaci, nagromadzenie tysiąca kobiet w jednej sprawia, że nie jest trudno odnaleźć tę jedną, z którą można się identyfikować - choć przyznaję, że twórcy prawie otarli się o jakieś takie hagiograwizowanie, więc tu minus. Kluczem do popularności Dalidy była chyba umiejętność przystosowania się, zmienność artystyczna podyktowana wymogami kariery, ale ta zaleta nie roztaczała się na życie prywatne. Film opasany piosenkami Dalidy, podkreśla terapeutyczną  i pamiętnikarską rolę muzyki w życiu artystki, a ponadto cudownie prowadzi tempo całej historii.

Nie mam serca do filmów dokumentalnych, podobnie jak do czytania reportaży. Zawsze mam wrażenie, że i tak zostałam oszukana, wszystko co zobaczyłam to subtelny wybór reżysera i montażysty lub głównego bohatera całej historii i nie ma w tym za krzty prawdy lub czegokolwiek do niej zbliżonego. Już z powyższego można wywnioskować, jakie wrażenie robi na mnie dopisek w filmach fabularnych "oparte na faktach". Tak naprawdę żadne. Do Mr. Gagi też podeszłam w ten sposób, jednak zupełnie utonęłam w historii jednego z najbardziej uznanych choreografów tańca współczesnego i choć nadal podpisuję pod tym co wyżej, to jednak łagodniej patrzę na te zabiegi. Przestało mieć dla mnie znaczenia, ile w tym jest prawdy. To tak samo istotne, jak to, że Naharin na pytanie czemu zaczął tańczyć odpowiadał, że miał autystycznego brata bliźniaka, z którym najlepiej porozumiewał się poprzez taniec. To nie była prawda, ale dobrze brzmiało, a to jednak popyt na historie generuje ich formę i treść. Nie od dziś wiadomo, że jedne zdarzenia opowiadają się lepiej od drugich. Ile w czyichś biografiach jest autokreacji wie tylko ich posiadacz i każdy życiorys w zetknięciu z artystyczną machiną staje tkanką, przed której uformowaniem na nowo nie sposób się nie skusić. Chyba stosowniej byłoby powiedzieć, że to jest film o jednym z Naharinów, tego którego dało się poskładać z mozaiki archiwalnych zdjęć, materiałów filmowych, wypowiedzi wszystkich ważnych ludzi, z którym zetknął w swojej drodze twórczej i to można przyjąć za konwencjonalną formę biografii. To co jest nowatorskie, to kolosalna ilość ujęć tanecznych (swoją drogą tak mistrzowskich, że nie chce się by się kończyły), które najlepiej oddają tę niewyrażalną część duszy każdego artysty, w tym przypadku Naharina. Pasje, poświęcenie, miłość, perfekcjonizm zderzały się z codziennością, cenzurą czy cierpieniem. Sztuka Naharina wyzwalała, jest on zdecydowanie bohaterem wygranym w tej materii, choć wiele pytań zostało bez odpowiedzi - tak jak to bywa z dokumentami...



Cyrulik syberyjski
Miłość od pierwszego wejrzenia - przynajmniej w moim przypadku, jak i głównego bohatera. Na panią trzeba będzie poczekać, ale dzięki temu my będziemy mogli popodglądać tę budzącą się relację, a w między czasie zachwycać się atmosferą całej historii oraz carskiej Rosji. I co to jest za Rosja! Może ciut wyidealizowana, ale tak spójna i konsekwentna - utrzymana w bajkowej i żartobliwej tonacji - że nie sposób zarzucić czegoś więcej. Zachwyca rozmach scenograficzny, operatorskie zagrania i rozpiętość skrajnych emocji, jakie budują fabułę. Kalejdoskop, w jaki zostajemy wrzuceni nie pozwala na chwilę zwolnić, tańczymy razem z bohaterami podczas jarmarku z okazji święta naleśnika (niedźwiedzia pojonego wódką kiedyś widzieli? A tam jest! ), śmiejemy się podczas zaskakującego przebiegu wypadków koncertu fortepianowego, wzruszamy, gdy Tołstoj wyznaje swoje uczucia... bo musicie wiedzieć, że nikt nie potrafi mówić o miłości tak jak to robią Rosjanie. Ale jesli nie wszyscy Rosjanie to chociaż Oleg Menshikov. Jest miejsce na śmiech, jest i na refleksję nad tragizmem uczucia łączącego głównych bohaterów, którzy zdecydowanie nie spotkali się ze sobą w dobrym momencie życia. Ale czy kiedykolwiek jacykolwiek ludzie spotkali się w odpowiednim momencie życia? Ja takich nie znam, Marek Hłasko też. Ten moment po prostu trzeba zmienić w odpowiedni, co głównym bohaterom wyszło  z różnym skutkiem, bo kiedy emocje młodego kadeta nie pozwalają na racjonalną ocenę sytuacji, a chłodna kalkulacja wyniosłej damy krzyżują się w połączeniu z jakimś niewytłumaczalnym poczuciem dumy obojga epicki melodramat mamy gwarantowany.

  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze

Szukaj