Sardynia - Gorroppu i Cala Gonone #4

20 lutego

Ostatni dzień w Baunei zapowiadał się leniwie i niespieszne. Nie planowaliśmy nigdzie jechać i chcieliśmy jak najmilej wykorzystać czas, który pozostał nam na wyspie. Nazajutrz czekała nas droga powrotna do Cagliari i lot do Krakowa. Ponadto pogoda przestała dopisywać i tego dnia było stosunkowo chłodno - przynajmniej w górach. Wizja leniwego poranka pod kołdrą z parującym kubkiem włoskiej kawy stojącej tuż obok i przyglądaniem się promieniom słonecznym wpadającym przez wielkie okno w sypialni, była szalenie kusząca.
Ciekawość jednak zwyciężyła. Michał przyszedł do mnie z otwartą mapą w Google Maps i przypomniał, że planowaliśmy zobaczyć również kanion Gorropu. Ten punkt świetnie pasował do planu, jakim byłby objazdowy trip w kierunku północnym trasą SS125. Przyzwyczajeni do górskich dróg w okolicach Baunei, stwierdziliśmy, że trasa pokazana na ekranie wydaje się szalenie relaksująca. Tak też w istocie było.


GÓRSKIE DROGI

Zapakowaliśmy cieplejsze bluzy oraz prowiant do auta i wyruszyliśmy zaraz po późnym śniadaniu. Trasa w kierunku północnym podobnie jak w innych rejonach tego obszaru jest wyżłobiona wzdłuż stoku góry i charakteryzuje się dużą ilością zakrętów - choć łagodniejszych od tych w górskim odcinku wiodącym do Baunei. Ponadto droga, którą wybraliśmy biegnie przez Park Narodowy Gennargentu, który jest niesamowicie rozległy i piękny. Nie zdecydowaliśmy się na pieszą wędrówkę po górach i lasach, ale z poziomu górskiej drogi widoki były naprawdę obłędne. Jeśli ktoś szuka nowych miejsc do aktywnego wypoczynku, to myślę, że powinien rozważyć te rejony.

Pierwszy przystanek zrobiliśmy tuż za Baunei w szerokiej zatoczce, gdzie znajdował się punkt widokowy. Na jedną stronę rozciągał się widok na dolinę, góry oraz morze, z kolei z drugiej widać było górskie masywy, za którymi kryły się sardyńskie plaże. Zatoczka rotacyjnie zapełniała się turystami, którzy podobnie jak my, byli żądni malowniczych widoków.

Droga z Baunei do punktu Passo Ghenna Silana, gdzie znajduje się wejście na górski szlak prowadzący do Gorropu, to trasa licząca ok. 28 km, a przejazd autem trwa do maksymalnie 40 minut. Po drodze natrafiliśmy na mnóstwo stadek zwierząt hodowlanych: owiec, krów oraz kóz. Te ostatnie potrafiły w najmniej oczekiwanym momencie przebiec przez trasę.











Wejście na szlak do Gorroppu jest czytelnie oznaczone. Obok znajduje się parking, restauracja oraz hotel. Do wyboru ma się dwa szlaki: łatwiejszy i ten bardziej wymagający. O ile dobrze pamiętam łatwiejszy szlak trwa około półtorej godziny, a samo przejście kanionem następną godzinę. Nie zdecydowaliśmy się na tę wycieczkę, więc tylko cytuję to, czego dowiedziałam się przy wyjazdem - niestety nie są to informacje sprawdzone na sobie, dlatego przez ewentualnym wyjazdem zachęcam do ich zweryfikowania.

Pokręciliśmy się trochę przy masywie, ale szybko skryliśmy się do auta -  w tym rejonie niemiłosiernie wiało. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy jechać dalej w kierunku północnym i odwiedzić miasto Cala Gonone oddalone od Passo Ghenna Silana o około 30 min drogi autem. Jednak przypuszczam, że każdy kto jedzie tą trasą po raz pierwszy, raczej nie dotrze tam szybciej niż w godzinę. Widoki magnetyzują i sprawiają, że zatrzymacie przynajmniej w kilku zatoczkach.


  
CALA GONONE


Cala Gonone okazała się urokliwą miejscowością kurortową, która podobnie jak Santa Maria Navaresse spodoba się wszystkim lubiącym wypoczynek nad wodą. Plaża była piaszczysta, o różowym zabarwieniu, niezatłoczona, woda ciepła, a w okolicy było mnóstwo knajp i barów. W tym mieście jest również port, w którym można wypożyczyć łódkę (oraz nająć do niej przewodnika, jeśli nie umiecie nią sterować) i podpłynąć do okolicznych, wodnych jaskiń.

Przyjeżdżając do Cala Gonone liczyliśmy na odwiedzenie miejscowego Akwarium, jednak zapomnieliśmy spojrzeć na godziny otwarcia - akurat tego dnia było zamknięte. Dobrze, że chociaż podróż obfitowała w doznania, bo pojechanie do konkretnego miejsca oraz pocałowanie klamki - i nie dostanie nic w zamian - w innej sytuacji pewnie by nas sfrustrowało. 







JAK JEŻDZĄ WŁOSI?

Najeździliśmy się trochę po Sardynii i choć wielu nam powtarzało, że Włosi jeżdżą, jakby jutra miało nie być, to nie wspominamy tego, jako aż tak traumatyczne przeżycie. Podczas pobytu w Cagliari nie mogłam zrozumieć dlaczego kierowcy jeżdżą tak szybko ciasnymi i stromymi uliczkami. Gdy Michał zaczął prowadzić wśród takich samych uliczek Baunei, odpowiedź przyszła sama - spadek terenu naturalnie wymusza prędkość, a ludzie poruszający się uliczkami są do tego przyzwyczajeni. Ciekawym jest, że ani razu nie poczułam się zagrożona będąc mijaną przez auto lub zaskoczona pojazdem wyłaniającym się zza zakrętu. Piesi i kierowcy funkcjonują w jakiejś mistycznej zgodzie, nikt na nikogo nie trąbi (kierowca na kierowcę to co innego!), piesi zawsze zdążą przytulić się do ściany budynku, a kierowca wyhamować. Zero niebezpiecznych sytuacji tego typu.

Niestety Włosi odznaczają się pewnym niechlujstwem jazdy, co widoczne było np. w Cagliari - kierunkowskazy są zbędne, dwupasmowa jezdnia może być równie dobrze trzypasmową, a jeżdżenie "na dupie" jest normą. Jazda z powrotem, trasą z Baunei do Cagliari, minęła nam bez większych problemów - nawet zamknięty wjazd do miasta i objazd podmiejskimi drogami był tak czytelnie oznaczony, że nie sposób było się zgubić. Infrastruktura drogowa na Sardynii była bardzo na plus. 


POWRÓT

Z rosnąca niechęcią przyglądaliśmy się prognozom pogody, która miała powitać nas w Polsce. Odcinając się od złych myśli postanowiliśmy wybrać się na ostatni spacer po Baunei. Michał kupił w lokalnej lodziarni loda, a ja myślałam o tym, ile kupić kawy pamiętając, że obowiązuje nas limit bagażowy. Ostatecznie kupiłam jej za mało. Następnym razem przywieziemy całą walizkę.




Do Cagliari wróciliśmy drogą, którą pierwotnie mieliśmy jechać do Baunei - wzdłuż wschodniego i południowego wybrzeża. Mimo wspomnianego już zamkniętego wjazdu minęła nam bez większych problemów. Do miasta wjechaliśmy, jadąc drogą wzdłuż słynnej plaży Poetto, by potem dalej kierować się na Via Roma. W mieście gps wyprowadził nas kilka razy w pole, szczególnie gdy szukaliśmy stacji benzynowej. Sporo wyświetlanych przez Google Maps punktów było zwyczajnie zamkniętych na głucho. Na szczęście po kilku nieudanych próbach udało nam się dotrzeć do otwartej stacji. 

Na lotnisku formalności związane z oddaniem auta trwały zaskakująco krótko, więc czekało nas tylko trzygodzinne czekanie na nasz lot. Sardynia pożegnała nas - możliwie najbardziej z dostępnych w palecie kiczowatych - zachodem słońca, a my solennie przyrzekliśmy, że kiedyś tu wrócimy. Może na którąś z okrągłych rocznic ślubu.

Wiemy już za to, gdzie spędzimy pierwszą... w Toskanii!


zdjęcia autorstwa Michała i mojego

  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze

Szukaj