Sardynia - Cagliari #1

10 lutego

Gdy temperatury za oknem są mocno minusowe, foldery ze zdjęciami z Sardynii aż proszą się o ich oglądanie. Nie odmawiam takim przyjemnościom. Co więcej postanowiłam podzielić się październikowym słońcem i skonstruować mini subiektywny przewodnik po wschodnio-południowym krańcu wyspy. Odcinek pierwszy, zapraszam!


LOT                                   
Zdecydowaliśmy się na Sardynię dość późno w stosunku do daty wylotu, dlatego nie był to nasz najtańszy wyjazd, ale wiem, że bilety kupowane z dużym wyprzedzeniem na tę wyspę (jak i wszędzie), pozwalają zaoszczędzić trochę grosza. Loty bezpośrednie do Cagliari odbywają się z Krakowa oraz Warszawy, natomiast do Alghero również z Katowic. Dodatkowo z Warszawy można przedostać się do Olbii. My wybraliśmy lot z Krakowa do Cagliari ok. 21:00 liniami Ryanair. Na miejscu byliśmy przed północą. Z lotniska do miasta można przedostać się koleją, której stacja znajduje się na lewo od wyjścia z lotniska (taniej, ale nocą pociągi nie kursują - no cóż) oraz taksówkami stojącymi przed wyjściem z lotniska (drożej, ale macie większą swobodę dojazdu o tak późnej godzinie).

HOTEL                                   
Cagliari obfituje z hotele, hostele, pensjonaty typu B&B, apartamenty. Jeśli chodzi o ofertę airbnb, to w czasie, kiedy szukaliśmy kwatery, było tam bardzo średnio i drogo, dlatego zdecydowaliśmy się na hotel z booking.com: Hotel Residence Ulivi E Palme. Szału nie było, ale też nie było na co specjalnie narzekać. Pokój był codziennie posprzątany, bar oferował śniadania, w pokoju był aneks kuchenny, a sam hotel znajdował się 25 min drogi spacerem od centrum miasta. Ponadto był tuż przy głównej drodze prowadzącej z lotniska, a zależało nam na tym, by po wypożyczeniu auta nie kluczyć po całym mieście szukając właściwej drogi i miejsca parkingowego. Z chwilą dotarcia do hotelu zorientowaliśmy się, że Włosi na wyspie bardzo słabo mówią po angielsku. Czasem w ogóle, a zawód recepcjonisty lub kelnerki w hotelu wcale nie oznacza, że będzie inaczej. Ta bariera zaskakiwała nas przez pierwsze dni pobytu na wyspie, dlatego szybko poszedł w ruch język migowy i pojedyncze włoskie słowa.

MIASTO                                   
Cagliari to typowe włoskie miasto ze starożytnym sznytem w krajobrazie - zupełnie jak z pocztówek. Co rusz napotykaliśmy na kościół, pałac, wieżę, sznur bielizny rozwieszony nad ulicą, ruiny antycznych obiektów, strome i wąskie uliczki, portal, czy grobowiec. Położone na siedmiu wzgórzach składa się z kilku dzielnic, z których standardowo zwiedza się Castello, Villanovę, Marinę oraz Stampace. Miasto da się zwiedzić w jeden dzień, więc to idealny przystanek w drodze do dalszego odkrywania wyspy. Spędziliśmy w Cagliari pełne dwa dni i było to stanowczo za dużo. Pod koniec pobytu snuliśmy się znanymi drogami, zastanawiając się, czego jeszcze nie widzieliśmy, a dla rozrywki liczyliśmy bezdomne koty i porysowane auta.

  






SUBIEKTYWNE MUST SEE!
W dzielnicy Castello jest największe skoncentrowanie zabytków - to najstarsza część miasta. Znajdują się tutaj Pałac Królewski, Katedra, kilka baszt, uniwersytet oraz dawna cytadela. Sama dzielnica jest położona najwyżej w stosunku do reszty miasta, dlatego prowadzi do niej wiele stromych uliczek, a od strony Villanowej można wjechać na sam szczyt wzgórza windą Unione Sarda. Szczerze polecam tę "podróż", ponieważ z poziomu windy można popatrzeć na panoramę wschodniej części miasta. Lokalsi traktują ją pewnie, jako zwykły środek transportu, więc tylko na przyjezdnych może zrobić wrażenie. Winda prowadzi do tarasu z malowniczym widokiem, gdzie można się skryć po drzewem oliwnym lub pooglądać grę w piłkę - tuż pod głównym poziomem tarasu znajduje się wściekle zielone boisko, przywodzące na myśl oazę na pustyni.


Droga do góry!
 

Drugim ciekawym punktem widokowym jest Wieża św. Pankracego. Jest to prawdopodobnie jedyny tak wysoko położony punkt widokowy (choć może dorównuje mu słynniejsza Wieża Słonia), skąd roztacza się widok na wszystkie strony miasta. Można zobaczyć m. in plażę Poetto (nie byliśmy, genialne plaże to są gdzie indziej!), górski pejzaż otulający miasto od północnego wschodu, lotnisko, milion czerwonych dachówek, tarasów na dachach oraz palm.

Tuż obok wieży znajduje się Cytadela. To miejsce jest siedzibą dla kilku muzeów m. in. Archeologicznego oraz Anatomii. Dla hecy zajrzeliśmy do drugiego, licząc na eksponaty w formalinie, ale srogo się zawiedliśmy. Sama przestrzeń i zabudowa Cytadeli jest warta zwiedzenia - można sobie darować muzea. To zespół budynków położonych tarasowo i połączonych wieloma alejkami, które wiją się między trawnikami. Dotarliśmy tam bardzo wcześnie rano i przez długi czas byliśmy jedynymi osobami w kompleksie. Tam też znajduje się kolejny punkt widokowy - należy przejść na sam koniec całego obiektu kierując się od głównego wejścia. Z kolei wracając do punktu skąd przyszliśmy i kierując się w lewo, okrążając mury Cytadeli, trafimy do urokliwego parku, gdzie można odpocząć po zwiedzaniu miasta.


Widok z wieży św. Pankracego 
Spacer po Cytadeli



Giardini pubblici
Pantera!
Tuż na krańcu Ogrodów znajduje się Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Odpuściliśmy, bo nie było w eksponatach nic, co by nas interesowało, ale przekazuję, że takowe tam istnieje. Wychodząc z Ogrodów od zachodniej strony i kierując się na południe trafimy do Stampacy, gdzie jest największe zatrzęsienie kościołów i grobowców świętych ma metr kwadratowy. Według mnie nie wyróżniają się niczym szczególnym, więc są do obejrzenia chyba tylko dla koneserów tematu. Najciekawszy z wyglądu fasady kościół, to monumentalny Kościół św. Anny. Niestety, wiecznie zamknięty - jak wszystko we Włoszech. Powtórzymy tę frazę jeszcze kilka razy podczas naszego pobytu, co w sumie nie jest narzekaniem, ale sposobem na wakacje w stylu slow - nie trzeba wszystkiego odhaczyć na urlopowej check-liście, zdajmy się czasem na przypadek. Ah i jeszcze ważna rzecz! Zapomnijcie o amfiteatrze w okolicy Ogrodów. Aktualnie to kupa gruzu, zamknięta - a jakże! - dla zwiedzających. Byliśmy, widzieliśmy :)

Kościół św. Anny



Taras na dachu... ahh!
Miejscem, które nas zaskoczyło był Plac Karminowy (nie wiem czy dobrze tłumaczę włoską nazwę, można poprawiać!). Plac na planie prostokąta otoczony był z każdej strony rzędem drzew, które zrośnięte koronami tworzyły liściasty mur.  Nie jest to żadne znane miejsce, ot takie nasze odkrycie.

Idąc od placu na południe trafimy na największą arterię miasta, czyli Via Roma. Główną część zabudowy ulicy stanowią arkady, gdzie znajdują się knajpki, pizzerie i kawiarnie. Drugi brzeg ulicy to część portowa, gdzie można pospacerować i poprzyglądać się statkom. Via Roma biegnie wzdłuż Mariny - kolejnej dzielnicy Cagliari. To jedna z biedniejszych części miasta - dawniej były to głównie ośrodki rybackie. Mnie Marina bardzo się podobała - była bardzo włoska, zacieniona (co było wytchnieniem od gorącego słońca), kolorowa oraz pełna malutkich stoliczków wylewających się z restauracji na ulicę. Najmilej wspominam długie siedzenie na ławce przy skrzyżowaniu uliczek i słuchanie sączącej się muzyki z okna nad nami. Magia, spokój i relaks.

Piazza del Carmine
Via Roma

Marina


Na skrzyżowaniu trzech dzielnic: Castello, Mariny oraz Villanowy znajduje się Baszta św. Remigiusza. Podczas naszego pobytu była remontowana, więc nie mogliśmy sprawdzić, czy widok z niej jest tak ładny, jak na zdjęciach zamieszczanych w sieci. Od tego miejsca można rozpocząć spacery w kierunku północnym, czyli uliczkami Castello: via Nicolo Canelles, via Genovesi, via Saint Giuseppe lub w kierunku wschodnim, czyli Villanovy. Tam natraficie na Bazylikę i Sanktuarium w Ogrodzie.

JEDZENIE
Śniadania jedliśmy w hotelu, gdzie mieli bezglutenową, porażająco słabą ofertę,  na szczęście zawsze miałam dodatkowo coś swojego, bo tuż obok hotelu był świetnie zaopatrzony, tani supermarket. Co ciekawe alergicy i osoby z nietolerancjami nie mają problemu z kupieniem we Włoszech produktów bezglutenowych czy bez laktozy. Nawet w najmniejszej mieścinie zabitej dechami znajdowałam w lokalnym sklepiku znajdowałam tego typu produkty. W Polsce nie mam takiej pewności, że wejdę do byle jakiego sklepu i bach - na pierwszej półce będzie do mnie uśmiechać się ciasteczko bez glutenu o  względnie dobrym składzie. Czułam się, jak na wiecznym cheat-day'u. Ponadto w sklepach można znaleźć milion warzyw, kasztanów, sardynek, pomidorowych sosów, a w knajpach hektolitry wina i kawy. Kawa we Włoszech jest nieprzyzwoicie tania i dobra.

W Cagliari podczas dwudniowego pobytu trzykrotnie jedliśmy na mieście: dwa razy w burgerowni Trattoria Polpa Burger, gdzie pałaszowałam burgery bez bułek oraz w bezglutenowej pizzerii Man.gia, gdzie zjedliśmy bezglutenową capriciozę z sardynkami. Polecam obydwa miejsca, choć w burgerowni było drożej. Warto zaznaczyć, że Man.gie są dwie - byliśmy w tej, której wydają pizzę na wynos, ale kucharz nie miał problemu z tym byśmy przycupnęli w kącie i zjedli na miejscu. Komponowanie pizzy wspominam z rozbawieniem - wskazywaliśmy na produkty z listy, po czym Włoch wyjmował je z lodówki lub szafki, chcąc je pokazać i cały czas entuzjastycznie mówił do nas po włosku. Urocza prelekcja na temat możliwych kombinacji - tak przypuszczam.

Man.gia z pizzą na miejscu jest dość oddalona od centrum i czynna dopiero od 19:00. To jest drugi ciekawy aspekt włoskiego życia - knajpy i sklepy są czynne w dwóch turach. Zazwyczaj 8-13 oraz 15-20 lub dopiero od późnego wieczora. Miejsca czynne cały czas, otwarte pod turystów mają odpowiednio droższe menu. Trzeba pamiętać o tym stylu prowadzenia biznesu planując dłuższe zwiedzanie czy wycieczki. Jeśli nie ogranicza was dieta to mnóstwo knajp znajduje się przy Via Roma lub w obszarach Stampacy, Castello i Mariny położnych bliżej głównej ulicy miasta.


Wnętrze Polpa Burger

Senzaglutine pizzzzzza!
POGODA W PAŹDZIERNIKU
Temperatura w Cagliari utrzymywała się na poziomie dwudziestu pięciu stopni i słońce przyjemnie grzało w karki. Przyznaję, że tylko turyści chodzili roznegliżowani - nie spotkałam ani jednego mieszkańca w krótkich spodniach. 

WYPOŻYCZENIE AUTA
O samym procesie najmu wspominałam w tym poście. Dodam, że wypożyczalnia znajduje się na lotnisku, niedaleko stacji kolejowej. Jest do wyboru kilka firm na miejscu, ale my już wcześniej zdecydowaliśmy się na Hertza. Co prawda punkt Hertza znajduje się również obok dworca kolejowego w Cagliari, ale to punkt franczyzowy - wcale bym się nie zdziwiła, gdyby nie mówili tam po angielsku, a po drugie ewentualne reklamacje trudniej jest w takich punktach składać. Ponadto wiedzieliśmy, że będziemy oddawać auto na lotnisku, a wypożyczanie i oddawanie auta w innych punktach podwyższa kwotę całego najmu. Przed samym podpisaniem papierów warto auto obejrzeć - czy odpowiada nam wielkością, ogólnym stanem, czy nie ma widocznych rys itd. My w ten sposób odrzuciliśmy golfa na rzecz pandy, która okazała się bardziej ergonomiczna na górskie, wąskie drogi (serio, serio). Po wypożyczeniu auta sprawdzamy wszystko w środku: kontrolki, zawartość schowka (dokumenty, dowód rejestracyjny itp.) i na zewnątrz, czyli światła. Potem tylko czytamy przepisy ruchu drogowego we Włoszech i można ruszać. Wiesz, że Włoszech możesz zapłacić mandat za jazdę z "zimnym łokciem"? No to już, przestań chichotać i lepiej poczytaj. 

Jeśli chodzi o parkowanie, to jest to realny problem we Włoszech. Najlepiej wybierać hotele z opcją parkingu. Jeśli już musisz jeździć po Cagliari autem (ale to naprawdę bez sensu, bo z jednego krańca na drugi przejdziesz piechotą w godzinę) i potrzebujesz parkingu, to wybieraj miejsca oznaczone białymi liniami, bo są za darmo. Niebieskie są płatne, a żółte zarezerwowane dla np. mieszkańców z winietą.


Czas w Cagliari dobiegł końca. Spakowaliśmy walizki, załadowaliśmy je do pandy, sto razy sprawdziliśmy trasę na gps-e i ruszyliśmy w dalszą drogę do - wtedy jeszcze nie byliśmy tego świadomi - najbardziej bajecznego miasteczka wschodniej części wyspy. Wybrane prawie na chybił-trafił, ale bardziej celne w nasze gusta być nie mogło. Baunei, nadjeżdżamy!


zdjęcia autorstwa mojego i Michała Bielawskiego (te ładniejsze)

  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze

Szukaj