Sowa ogląda... czyli filmy stycznia '17 #1

07 lutego

Pierwszy odcinek cyklu. Założeniem jest dzielenie się luźnymi wrażeniami i myślami na temat obejrzanych filmów w chwili, gdy limit znaków filmwebu boleśnie wali mnie po łapach. Nie zakładam, że będzie to dokładny inwentarzowy spis, raczej wybór podyktowany chęcią wyrażenia opinii na temat niektórych. W tym miesiącu wybitnie królują premiery i tak pewnie pozostanie do końca lutego.

Łowca jeleni - kiedyś przemysł filmowy nie bał się długich scen, nie bał się zajęcia widza jedną lokacją i długo rozwijaną fabułą. Filmowcy nie bali się długi spojrzeń bohaterów w scenariuszu, nie bali się plastycznych zdjęć samej mgły, która przeplatała się z właściwym rozwojem wydarzeń. Nie bali się grozy Wietnamu w oczach jednostki, zupełnie odmiennej od estetyki wojennego dramatu. Nie bali się i umieli przekuć to na zaletę. To wszystko znajdziemy w Łowcy Jeleni - filmie, w którym każdy rzucony w taflę kamień zatacza kręgi wzajemnie zazębiające się z innymi. Temat wojny nikogo nie oszczędza i w każdym z bohaterów jątrzy się trafiona go kula.

Wieczór - jest czasem coś niestrawnego w filmach, dla których pierwowzorem jest książka. Nie wszystkie utwory - nawet najpiękniejsze powieści, arcydzieła literatury, perły konstrukcyjne sylwetek bohaterów - warto przenosić na ekran. To jest jednak inne tworzywo, inne narzędzia, o inny efekt końcowy nam chodzi. Często kończy się z produktem 1:1 w stosunku do książki, co jest zupełnym zaprzepaszczeniem możliwości, jakie daje nam narracja filmowa w opowiedzeniu jakiejś historii na nowo. Tu wyszło miernie, kiczowato, nudno i bezbarwnie. Nijakie ujęcia nieoddające atmosfery, płaskie postacie, przeraźliwie długa ekspozycja fabuły (niesamowicie istotna w książkach, a tak łatwo zabijająca filmy). 

Paterson - intymne kino o małych sprawach. Miniatury codzienności wypełnione odbiciami w szybach i lustrach. Główny bohater poruszający się po kole, które ukształtował poprzez powtarzalność rytuałów i schematów. To wydaje się banalne, ale jednak wzrusza nas codziennie inne zdjęcia ukochanej w lunchboxie, inna pozycja podczas snu podkreśla, że nie ma dwóch takich samych dni. Trudno zamknąć ten film, w krótkich, trafnych zdaniach, bo mnogość interpretacji wątków, postaci, kontrastowych ujęć pozwala na długie godziny spędzone na rozmyślaniu.
Powidokipretensjonalny landszaft z nieznośną edukacyjną manierą. Twórcy rozgrzebali worek oczywistości, wybrali losowe, sprawdzone efekty, podkoloryzowali każdy aspekt filmowej rzeczywistości, przez co Łódź pełna jest jednoznacznych ujęć, sylwetek, grymasów, a postacie wymieniają łopatologiczne dialogi, żeby czasem nie uciec w niedopowiedzenia. Polaryzacja idei Strzemińskiego z socrealizmem sprowadzonym do kilku haseł wypisanych z encyklopedii aż boli. Jeden poziom goni w wymowie drugi i nawet zdjęcia - co prawda bardzo malarskie - przeżarte są kiczem i wywołują westchnienie bólu prosto z piersi. Całość to wyświechtana, wyblakła, niezdatna do użytku klisza. 

Lala land - od pierwszych scen imponujący operatorsko z wcale nie tak naiwną osią fabularną. Twórcy co chwila dokładają kolejne cegiełki składające się na kino, epokę i muzykę dawnych lat: filmowe miasteczka, gdzie dziki zachód krzyżuje się z grecką świątynią, sceny tańca będące kalką z Dirty Dancing, Deszczowej Piosenki, Zabawnej Buzi czy Grease, kluby z sączącą się ze sceny jazzową improwizacją, aktorki onieśmielające publikę i bohaterowie, których talentów się nie gloryfikuje. Z premedytacją zaplanowano hołd amerykańskiemu snu i dewizie "przez trudy do gwiazd". Pod umiejętnie rozłożonym balansem pomiędzy lukrem, tradycją oraz nowoczesnością kryje się słodko-gorzka konkluzja o tym, że nie zawsze można osiągnąc wszystko - czasem trzeba rezygnować i wybrać inny rodzaj szczęścia, czego nie utożsamiam z porażką. Jedynym minusem są mało chwytliwe, sztampowe piosenki, którym brak powiewu świeżości.

Zwierzęta nocy - dwupoziomowa historia, jedna nieustępująca drugiej. I choć ta "książkowa" wydaje się szyta trochę grubymi nićmi to mimowolnie wprowadza w stan irracjonalnego poczucia dyskomfortu przez co napięcie skręca się w odbiorcy na supeł. Składne pararele pomiędzy obiema historiami wyprowadzają fabułę w ciekawe rejony do interpretacji, a melancholijne spojrzenie Amy Adams dopełnia mrocznego czaru całego filmu.


Amerykańska sielanka - bardzo duże rozczarowanie. niesamowicie zły popis aktorski i reżyserski Ewana McGregora. Obraz bezbarwny, którego jedynym atutem jest przerażający przekaz o tym, dlaczego fanatyzm posunięty do każdej możliwej skrajności, czy to wycelowany w zbiorowość, siebie, obcego, bliskiego, zarówno polityczny, religijny, społeczny, jak i ekonomiczny był, jest i zawsze będzie zły. Całościowo niestety bardzo mizernie.

Manchester by the Sea - chłodny w barwie, przygaszony, intymny, skromny, z transparentnym ruchem kamery za postaciami. Spokój płynący z ciasnych kadrów pomieszczeń oraz morskie, otwarte przestrzenie stanowią idealny kontrapunkt dla świata wewnętrznego bohaterów, których emocje - skręcone i upchnięte, niczym miedziane sprężynki, gotowe w każdej chwili wybuchnąć gamą przerażających stanów - przykrywa nijaka maska stanowiąca ekwiwalent publicznego wizerunku. Dwutorowo bięgnąca opowieść we właściwym sobie tempie odkrywa wagę dramatu bohaterów oraz sieć relacji pomiędzy nimi. Wielki w swej "małości", subtelności (zwłaszcza sytuacyjnym humorze, który doskonale równoważy ból towarzyszący każdemu z bohaterów), rozbrajający w szczerości, dojrzały, bez cienia sztuczności, pozy, czy przesadnej dramaturgii. 

Jackie - poszłam na ten film nastawiona bardzo sceptycznie, ponieważ spodziewałam się wielkiej "hamerykhańskiej" narracji napompowanej do granic przyzwoitości oraz twierdziłam, że jakby Natalie Portman nie zagrała Jackie, Akademia i tak obdaruje ją Oscarem. Stało się zgoła inaczej. I choć wielka narracja narodu została sprytnie wtłoczona w narrację zgorzkniałej, trochę snobistycznej i mimozowatej Jackie, a tym samym zręcznie zamaskowana, to jest to koncept zupełnie do przetrawienia, a nawet godny przyznania mu wartości artystycznej i merytorycznej. Dotykamy problemu konfliktu uznania wielkości człowieka poprzez pełnioną funkcję lub jego dokonania - z braku dystansu niepodlegające jeszcze wartościowej ocenie, konfrontacji z tradycją i dokonaniami legendarnych przodków, roli szacunku oraz hołdu w życiu narodu, a także próżności, wartości estetyki samej w sobie i jej roli w kreowaniu wielkości zdarzeń, miejsc i ludzi - wszystko to ukazane jest przez pryzmat najmłodszej Pierwszej Damy Stanów Zjednoczonych w historii. Natalie Portman sięgnęła do głębi tej postaci, wyciągnęła i pokazała światu hipnotyczne stany, bezradność, rozpacz oraz uczucia daleko odbiegające od istoty żałoby samej w sobie - pokazała kobietę w chwili pęknięcia pięknej bańki, upadku Camelotu, której ostatnim aktem twórczym ma być oddanie honorów zmarłemu prezydentowi. Wiele w tym nieoczywistych barw, niedopowiedzeń, a po seansie wytężonej refleksji.


Co jeszcze widziałam: Życie CarlitaLęk pierwotnyMorderstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda, Chinatown, Sugar Man, Łowca androidówMusimy porozmawiać o Kevinie, Captain FantasticSztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej.

Coś Cię zaintrygowało, czegoś brakło? Śmiało pisz, odniosę się w komentarzach.


zdjęcia: Filmweb

  • Share:

You Might Also Like

2 komentarze

  1. co myslisz o wislockiej i o tym filmie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. film to dobry wybór na luźne, niezobowiązujące, filmowe popołudnie. nie brak w tym obrazku pewnych logicznych zgrzytów. ale można na to przymknąć oko, serio. a co ja myślę o Wisłockiej? ciężko czerpać twardą wiedzę na temat kogoś z filmu biograficzno-fabularyzowanego i książki jej autorstwa, którą przeczytałam, a potem wyrabiać opinie. moją ocenę można przesiać przez sito nie do końca zgłębionego tematu, podobnie jak całe jej życie przesiano przez zabiegi czysto filmowe na potrzeby produkcji. nie wiele w tym stu procentowej prawdy, a tym samym zasadnych opinii.

      Usuń

Szukaj