czego nauczyłam się w 2016?

01 stycznia

 

Ja już ruszam w 2017, ale jeszcze parę słów podsumowania minionego roku!

1) podczas organizacji wesela nie ominie Cię kilka koszmarnych momentów, mimo ogromnej przyjemności, jaką będziesz czerpać z całości wydarzenia 

Jeśli w twoim otoczeniu znajdują narzeczeni, którzy organizują ślub, to ostatnim pytaniem, jakim chcą od Ciebie usłyszeć to "jak przygotowania?" - jedno może zalać się łzami, bo florystka nie oddzwania, a drugie duszkiem wypije trzymany w ręku drink. Organizowanie ślubu i wesela to rollercoaster bez pasów bezpieczeństwa, a jego pasażerowie wykazują objawy choroby dwubiegunowej. Szczególnie jeśli zbyt dużo czasu spędza się na pintereście, jednocześnie konfrontując to ze swoim budżetem weselnym. Można przeczytać tysiące postów wyprodukowanych przez bardziej lub mniej zaawansowane w manii bridezille, ale i tak nie uniknie się błędów i spadków euforii. Z jednej strony kurier dostarcza pudło pełne przepięknych zaproszeń wypisywanych ręcznie przez kaligrafa, a z drugiej odkrywasz błąd w jednym nazwisku. Liczysz na magiczne spłynięcie RSVP, a kończy się na tym, że wydzwaniacie do każdego po kolei, by upewnić się, że na pewno w grafiku nie pojawiło się coś ważniejszego od waszego ślubu. Pogodę macie przepiękną - jest gorąco, jak na połowę września, ale okazuje się, że klimatyzacji na sali nie będzie. Pierwszy i drugi próbny makijaż to koszmar, ale trzeci przywraca Ci wiarę w to, że panny młode wcale nie muszą mieć na twarzy 2 cm warstwy klajstru. Ostatecznie sukienka jest dopasowana perfekcyjnie, Pan Młody wygląda jak #groom #handsome #pinterest, goście zachwyceni wszystkim, począwszy od dekoracji i klimatu, jak również samą ceremonią, wami, kończąc na jedzeniu. Alkoholu nie zabrakło, restaurator obniżył koszta, uszanowano prośby o eliminację okropnych weselnych zabaw i okazuje się, że z perspektywy czasu nie mogło być lepiej oraz bardziej gęsto od emocji rozgrzewających serducho.

(pierwsza sala, na którą byliśmy prawie zdecydowani)


(wycinanki - napis będący częścią dekoracji)

 




2) da się zorganizować wesele w trochę ponad pół roku

Długoletnie narzeczeństwa to coś czego nie rozumieliśmy i nie chcieliśmy doświadczać. Michał oświadczył mi się w lutym. W naszych wizjach wesele musiało odbyć się kiedy jeszcze jest ciepło, ale poza apogeum ślubnego sezonu - wrzesień tego samego roku wydawał się idealny! Wszystkie terminy udało się spiąć, zaproszenia dostarczyć każdemu osobiście, garnitur i sukienka były uszyte na miesiąc przed ceremonią, a dekoracje kupowane lub robione na bieżąco. Najważniejsze, czyli sala, też nie stanowiła problemu! W tym mogliśmy przebierać, bo znaleźliśmy dużo wolnych terminów, zarówno wśród restauracji, sal weselnych i pałacyków! Z niczym nie zostaliśmy na ostatnią chwilę, a na uwagę zasługuje fakt, że ślub odbył się w mieście oddalonym od naszego zamieszkania o 150 km. Dlatego jeśli nie ogranicza was wizja "uskładania" na wesele, to po co czekać?

3) wypożyczenie auta podczas wakacji daje mnóstwo swobody!

W wyprawie na Sardynię postanowiliśmy podwyższyć sobie poprzeczkę organizacji wakacji i dodać do tego wypożyczenie auta będąc już na wyspie. Dzięki temu zyskaliśmy na ogromnej wygodzie - nie musieliśmy polegać na lokalnej komunikacji, nie przemieszczaliśmy się wszędzie z bagażami i zobaczyliśmy lokacje, do których nigdy byśmy nie dotarli będąc uwiązanymi do jednego miejsca. Samo w sobie zwiedzanie Sardynii przy pomocy auta jest ekscytujące, ponieważ trasy w miejscu, którym się znajdowaliśmy (Cagliari, Baunei, Santa Maria Navaresse, Cala Gonone) biegną serpentynami wśród gór, a nachylenie drogi sięga czasem 20 stopni. I choć na początku płakałam, gdy zbliżaliśmy do każdego zakrętu, którego drugiego końca nie było widać i jedyne, co miałam przed oczami to barierkę i znajdującą się za nią przepaść, to po jednym dniu takiej 3 godzinnej jazdy, zaczęłam dostrzegać piękno i malowniczość trasy. W końcu znajdowałam się aucie prowadzonym przez mistrza kierownicy, więc skok w przepaść raczej nam nie groził.
Polecamy wypożyczalnię Hertz - warto wykupić pełne ubezpieczenie auta (super-cover), dzięki czemu nie jest się pociągniętym do odpowiedzialności za każdą rysę na karoserii (Włochy, sami rozumiecie). Jeśli bierzecie auto z pełnym bakiem, z pełnym musicie je również oddać. Do wypożyczenia potrzebna jest karta kredytowa z limitem pozwalającym na opłacenie samego wypożyczenia, ubezpieczeń oraz pełnego baku - ostatnie jest zwracane kilka dni po oddaniu auta i sprawdzenia, czy byliśmy uczciwi. Bezpieczniej jest wypożyczać auta w autoryzowanych punktach Hertz - z doświadczenia znajomych i osób, które pracowały w tej branży, wszelcy pośrednicy (np. linie lotnicze) lub punkty franczyzowe, mogą przysporzyć nam niepotrzebnych kosztów i utrudniać ewentualną reklamację.





4) dla pasji zawsze znajdziesz czas

Tylko w zeszłym roku obejrzałam 181 filmów, w tym ok. 35 w kinie. W prostej kalkulacji daje to ok. 3 filmy tygodniowo z czego co półtora tygodnia oglądałam jakąś nowość w kinie. Nie znam większej kinowej maniaczki od siebie, choć jestem w stanie uwierzyć, że jest takich ludzi więcej i nie mam na myśli np. krytyków filmowych, którzy siłą rzeczy rocznie oglądają więcej filmów. Można pomyśleć, że taka pasja rujnuje mnie finansowo, ale to tylko pozory. Znam na pamięć warunki promocji we wszystkich odwiedzanych przeze mnie kinach w Warszawie. Wiem, gdzie najtaniej jest w środę, a gdzie w poniedziałek. Karty stałych gości wyciągam przy kasie niczym asy z rękawa. Zdarza się, że znajomi pytają mnie na co warto iść do kina, bo wiedzą, że sporą część aktualnego repertuaru mam na pewno odhaczoną. Nie jest to pasja bezrefleksyjna - o obejrzanych filmach potrafię dyskutować godzinami, dlatego myślę, że z przyszłym rokiem na blogu pojawi się nowy cykl z tym związany.


5) GOTOWAĆ! 

Niby taka naturalna rzecz, a jednak do tej pory pamiętam swoje studenckie obiady, na które składała się wałówka przywieziona z domu lub standardowe danie: makaron, kurczak i sos pomidorowy ze słoika. W lepszych finansowo tygodniach (czyt. kiedy nie musiałam skserować trzech książek) obiad serwowała studencka stołówka. Powszechne rozbawienie budziło stwierdzenie, że moje zdolności kulinarne są zerowe, bo nawet przy robieniu galaretki były straty w ludziach. Dlatego gdy patrzę teraz na swoje wyczyny w kuchni, nie mogę wyjść z podziwu. Zeszły rok zdecydowanie upłynął mi pod znakiem doskonalenia umiejętności gotowania i zdałam sobie sprawę, że co raz częściej improwizuję z przepisami - szczególnie ciast. Zawsze odmierzałam wszystkie składniki z aptekarską dokładnością, by nie wyszedł zakalec - zwłaszcza, jak ma się do czynienia z brakiem magicznego składnika, jakim jest gluten. Teraz improwizuję, łączę różne mąki, kombinuję z proporcjami - często z lenistwa, bo nie chce mi się wyjść akurat po taką mąkę lub inny składnik. Pogłębienie wiedzy w szeroko rozumianych kulinariach sprawiło, że nie jestem już tak bardzo zielona, jak kiedyś, gdy stawałam przed lodówką z mięsem, a Pani Mariola z nożem w ręku pytała "Co podać?!", podczas gdy ja nie odróżniałam cielęciny od jagnięciny. Sukcesy napędzają mnie na dalszy rozwój i w nowy rok wchodzę z listą rzeczy, których zamierzam się nauczyć.





6) prawo jazdy nie jest dla mnie

Moimi próbami zdobycia plastiku uprawniającego do poruszania się dwuśladem można zabawiać towarzystwo na średnio udanej imprezie - każdy może sobie poużywać i przypomnieć mi, że na ręcznym na pewno nie ruszę, a awantura z egzaminatorem i trzaśnięcie drzwiami nie należy do rozważnych posunięć. Każdy jest na co dzień królem szos, ma receptę na wszystkie moje niepowodzenia na egzaminie, bo przecież uczył mnie jeździć chyba ślepy, obowiązkowo seksista, który nie ma pojęcia o zmianie biegów. Wszystko było bardzo pomocne do momentu, gdy musiałam zaparkować równolegle i za każdym razem zadawałam sobie pytanie, po jaką cholerę, bo przecież jak już będę miała to prawko i będę musiała zaparkować, to choćbym miała krążyć dwie godziny i odjechać na 3 km od punktu docelowego, to cholera, uprę się i żadna siła nie zmusi mnie do parkowania równoległego. Nie i już. Uprzeć to ja się naprawdę umiem. Zaprę się i będę jeździć. Szukać. Tak będę krążyć.

7) teatr nie musi być drogą rozrywką

Warszawskie teatry, podobnie jak kina, oferują wiele promocji, dzięki którym można zgarnąć bilet nawet za mniej niż połowę wyjściowej ceny. Moim ulubionym teatrem jest Teatr Polonia, gdzie udało mi się kupić bilet za 30 zł w trzecim rzędzie na fenomenalny spektakl z Jerzym Stuhrem Na czworakach. Wszystko dzięki zabawie Ad Hoc! - wystarczy monitorować aktualności na stronie teatru i szukać informacji o puli biletów za niższą cenę. Świetnym wyjściem są również wejściówki na schody, choć wymaga to zabukowania kolejki na więcej niż godzinę przed spektaklem. W tym wypadku kasy otwierają dopiero na 15 min przed sztuką. W ten sposób udało mi się zobaczyć 32 omdleniaShirley Valentine - obydwie polecam.
A może klasyka? Trwające cztery godziny Dziady w Narodowym na pewno wypełnią wasz apetyt na dzieła mistrzów.



8) hybryda na paznokciach może odprysnąć po trzech dniach

Nie wierzyłam. Jedna, druga, trzecia. I to się stało.
I spróbuj potem sama pozbyć się reszty.

9) rowery miejskie mogą być niebezpieczne - historia z lipca
Taki wielkomiejski obrazek: urlop zaczęłam prawie że na sportowo. po dwóch latach mieszkania w Warszawie, wreszcie ogarnęłam rowery miejskie, reaktywowałam endomondo (którego i tak zapomniałam włączyć) i dumnie sunęłam w poniedziałek przez wszystkie możliwe ścieżki rowerowe, ciesząc jak to pięknie, wygodnie, szybko, mało ludzi zachodzi drogę, ścieżki takie szerokie, widoki ciekawe, aj aj aj. Może dla mnie trochę te rowery za duże, może trochę skrzypią, ale ogólnie: aj aj aj. Postanowiłam iść za ciosem i następnego dnia tj. dziś, również skorzystać z dobrodziejstw veturilo. 
Powtórka z wczoraj. Fantastycznie. Uczucie jakbym była pierwszym cyklistą na tour de france. Co prawda, nie ścieżka, bo chodnik - ale równy, kostka brukowa jak spod igły, jedzie się wygodnie, wręcz pustynna gładkość. Sielanka, której nic nie może zburzyć.
Wtem... kojarzycie te sceny z filmów sf, kiedy jakiś Charles Xavier albo inna Jane wytwarza barierę, na którą z osłupiałą miną wpada każdy, biegnący w ich kierunku? Skąd się toto tutaj wzięło, pyta całe ich jestestwo. Na Chałubińskiego nie było żadnego Xaviera. było za to moje rozbestwione veturilo i podobny efekt jw, bo wtem... przednie koło roweru postanowiło samo się zatrzymać.
A tylne? Cóż, tylne postanowiło wyprzedzić przednie.
Tak sobie teraz myślę, że nie wiem o czym myślałam lecąc przed kierownik. Stężenie adrenaliny eksplodowało i wykonałam jakiś nadludzki wysiłek starając się nie dotknąć podłoża. Ludzie tak mają w sytuacji zagrożenia. Instynkt przetrwania. Chęć przeżycia. W momencie głodu odkręcają nieludzko zakręcone słoiki (lub je rozbijają) i prześcigają pociągi, gdy ostatni odjeżdża do pracy. Dopiero potem czują te zakwasy w nogach i rękach, dopada atak astmy lub z wyrzutami sumienia chwytają za zmiotkę.
Oczywiście podłoża dotknęłam, ba! Trochę je nawet zaorałam. Jednak w tempie ekspresowo niespotykanym wygrzebałam się spod szprych i wystrzeliłam na równe nogi, energicznie i zupełnie bez sensu otrzepując spodnie oraz szukając plecaka, by jak najszybciej znaleźć lusterko. Powtarzam, ludzie tak mają w sytuacji zagrożenia. 
Świat wokół też zawrzał. Jakaś kobieta krzyczy do mnie ze swojego sejczento czy wszystko ok, wygląda przez okno, czeka na moją odpowiedź i blokuje pas, a ja na to, że wporzo, spoko, luz i rozglądam się dalej za plecakiem. Jakaś para do mnie podbiega (nie wiem, co ludzie mają z tą znieczulicą?!) i pyta czy wszystko, ok, czy mnie coś boli, czy stoję pewnie, czy nie stoję pewnie, że o! telefon musiał mi wypaść z kieszeni, bo strzaskany, czy się w głowę nie uderzyłam, czy nie chcę chusteczek, tu jest plecak, czy mogę oddychać i ogólnie to co się stało?! A ja wporzo, spoko, luz, lusterko muszę znaleźć. Czuję, że mnie morda piecze i tylko modlę się bym nie wyglądała jak ofiara Ramsaya Boltona na półtora miesiąca przed ślubem. Wyjmuję lusterko, dokonuję oględzin i z ulgą wypuszczam powietrze z płuc.
- Do wesela się zagoi - mówi on.
Żebyś wiedział.
- Ale telefonu szkoda - znowu on.
- Dobra, dobra, to tylko telefon, kto by się przejmował...
- Ja bym się wkurzył, bo w te pokemony gram...
Wtem dotarł do mnie straszliwy wymiar i powaga sytuacji.


2017, czekam na Ciebie, tyle nowych doświadczeń kryje się za rogiem!



(Może wreszcie zdam prawo jazdy!)

  • Share:

You Might Also Like

3 komentarze

  1. Długoletnie narzeczeństwa są niestety wynikiem "ciułania" na wesele marzeń! ;)
    PS. Bardzo ładne zdjęcia.

    @kawa.bez.mleka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to tylko jeden argument jaki akceptuję w tej kwestii, ale "zastaw się a postaw" też nie pochwalam. na boga, to wesele, będzie w życiu jeszcze mnóstwo momentów, od których dostaje się dreszczy ze szczęścia lub takich, którym trzeba pomóc zapleczem finansowym. wszystko jest dla ludzi, ale wszystko z głową ;)
      dzięki!

      Usuń
  2. Zgadzam się także. Ale jeśli ma się jakieś ślubne marzenia to uważam, że fajnie jest je zrealizować - sama na pewno nie jedno wymarzone "fiu bździu" dopięłaś nas ostatni guzik! ;)

    Poza tym my zdecydowaliśmy się zupełnie sami uzbierać na wesele - a to już, niestety, wymaga czaaaaaaaasu.

    Gratuluję zmiany stanu cywilnego, bo to chyba Wasze najważniejsze wydarzanie minionego roku ;)

    Pozdrowienia z Łodzi!

    @kawa.bez.mleka

    OdpowiedzUsuń

Szukaj