ordery i medale

20 listopada

Odkryłam w sobie, że uwielbiam przygotowywać przyjęcia, choć jak się nad tym zastanowić "przyjęcie", to chyba zbyt wiele powiedziane. Brzmi ładnie, przyjemnie i gładko, jakbyśmy co najmniej mówili o zebraniu znamienitych person w koktajlowych strojach, w miejscu gdzie wino rozdają kelnerzy, stoły zajmują metrowe patery z koreczkami, a z oddali pozdrawia cię Frank Underwood. Nie, nie o tym mówię. Nie chodzi mi też o melo, imprezę w przyciasnych i dusznych akademikowych kuchniach lub studenckich mieszkaniach. Dlatego z racji beznadziejnej pojemności semantycznej tych polskich słów, zostaniemy chyba przy zwykłym spędzie znajomych, którzy nie odwalają integracyjnego bulszitu, netłorkingu oraz smoltoków (na co moja introwertyczna dusza stanowczo wykręca się ważnymi planami na cały tydzień, ewentualnie miesiąc), bo nie muszą - bo się znają i spotkali się po to by pograć w planszówki, wypić morze wina, a przy okazji wrzucić coś na ząb. I ja do tego właśnie zmierzam.

Uwielbiam to "co coś na ząb" przygotować, następnie logistycznie rozplanować, donosić, dolewać, proponować, przechodzić te levele, których kolejność uzależnia lista serwowanych kąsków, odblokowywać ukryte plansze pełne dodatkowych misji, kolekcjonować monety i ordery, uśmiechy i pytania o przepisy, wymieniać je na jeden, większy medal perfekcyjnej pani domu, by potem wpisać swój pseudonim do księgi rekordów tej towarzyskiej gry, w której moim jedynym przeciwnikiem jestem ja sama :) Dusza towarzystwa ze mnie żadna i nigdy nie wspięłam się nawet na niziny zabawiania kogoś rozmową, ale jedzenie robię w porządku. Czerpię z tego autentyczną przyjemność i nic, nawet kilkugodzinne stanie w kuchni nie jest mi w stanie tego popsuć.

Ale do brzegu!

Wczoraj miałam okazję znów zagrać w grę, co sprawiło, że już na tydzień przed myślałam o tym, co przygotuję. Z powodów znanych w szerszych kuluarach, jako żywieniowe fanaberie, a węższych, jako wolny wybór i sposób na okiełznanie problemów zdrowotnych, wszystko, co wychodzi spod mojej ręki jest bezglutenowe, bez laktozy i cukru, możliwie najbliższe diecie paleo. Nie jestem jednak kaznodzieją z misją, nie nawracam i nie grzmię nad biednymi, pogrążonymi w mroku umysłami i serwuję również hummus z bagietkami i ser pleśniowy, których sama nie zjem, ale widzę, że to "robi" podniebienia.
Na pierwszy ogień poszła tarta z czekoladowym musem mojego pomysłu oraz ciastka i trufle z przepisu niezastąpionej cookitlean. Ciasto na tartę jeszcze nie jest ideałem, muszę pozmieniać trochę proporcje, ale i tak dobrze smakuje. Zaczęłam je przygotowywać rano, by rozłożyć sobie pracę na krótkie partie i nie kumulować tego na sam koniec, tuż-przed. Wtedy wskazówka zaczyna dziwnie przyspieszać, a tu jeszcze ciasto w piekarniku, ja z jedną kreską na oku, łazienka jest w połowie sprzątania, a mąż biega z odkurzaczem.


  



Trufle z tego przepisu przygotowuję już nie raz, zawsze są strzałem w dziesiątkę. Szybki, prosty, idealny rodzaj słodkiej przekąski. Z kolei ciastka robiłam po raz pierwszy i następnym razem na pewno wrzucę więcej orzechów, by wyglądem nie przypominały kotletów mielonych, jak mi wczoraj powiedziano :D Podobieństwo na tym się kończy - smakują jak korzenne, orzechowe ciastka. Podczas przygotowywania okazało się, że - oczywiście - nie mam wszystkich potrzebnych składników i tak żurawinę zastąpiłam suszonymi figami, a zbyt małą ilość mąki migdałowej większą ilością wiórków kokosowych. Przetrzymałam je też trochę za długo w piekarniku.





  

Mus do tarty to nic innego, jak najzdrowsza wersja nutellii - zblendowane banany z kakao lub karobem - na tarcie z dodatkiem agaru, by nie miała konsystencji budyniu. Można wyjadać łyżkami, zupełnie jak prawdziwą nutellę. Zamiast bananu można też użyć batatów lub awokado.


 


Nie mogło też zabraknąć sałatki z tuńczykiem, ananasem i oliwkami, choć jeśli coś zostaje, to zawsze jakaś sałatka...

 


W międzyczasie na kuchni gotował się, jak co tydzień, 5 litrowy gar rosołu na potrzeby własne (o tym dlaczego jestem taką jego fanką, może kiedyś napiszę) z gramofonu leciała nasza ulubiona jazzowa płyta, a ja umilałam sobie gotowanie "kinem kuchennym", co już weszło mi w nawyk. Wmawiam sobie, że dzięki temu robię trochę mniejszy bałagan, bo obawa, że coś wyleję lub wysypię na laptopa, jednak się tli. Nie łudźcie się - nigdy mi się ta sztuka nie udaje - to czyste wariactwo, wiem.

 

 

Bliżej godziny zero przyszedł czas na wytrawne przekąski, czyli nieśmiertelne koreczki z pieczonego indyka doprawionego słodką papryką, pomidorków, oliwek i pieczonej cukinii oraz milion zamienników chrupiących chipsów - marchewki, ogórki i papryka pokrojone w laseczki, pomidorki koktajlowe oraz kabanosy. Rzecz jasna, znajomi nie zawiedli - chipsy przynieśli, choć warzywa cieszyły niesłabnącym zainteresowaniem, co sprawiło, że donosiłam je kilkakrotnie :)
Na zdjęciach zabrakło łódeczek z ogórków wypełnionych pastą z awokado i wędzonej makreli, które uważam za osobisty hit. Zniknęły zanim postawiłam talerz na stole.



 

 

Jeszcze tylko kontrola czystości szkła :)


 


W niedługą chwilę po zrobieniu powyższego zdjęcia pokój zapełnił się towarzystwem, a ja mogłam znów przystąpić do najprzyjemniejszej części tego dnia (choć gotowanie można uplasować ex aequo). Jeszcze tylko zrozumieć zasady nowej gry Mafii, zagrać w nią i można czekać, co wydarzy się pierwsze: zabraknie jedzenia, skończy się alkohol, ktoś spadnie z wadliwego krzesła, które zapomnieliśmy schować, sąsiadka będzie walić w rury lub przyjedzie policja, by uciszyć to kulturalne towarzystwo zajadające się laseczkami z papryki i marchewki.

  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze

Szukaj