felix felicis

28 listopada

Mam jakiś taki wewnętrzny opór przed odpoczywaniem. Michał twierdzi, że ja po prostu muszę coś robić, zupełnie jakbym nie była zaprogramowana na odpoczywanie. Jeśli nie gotuję, to robię zdjęcia, jeśli nie idę na zakupy, to robię ich listę, jeśli nie wychodzę do kina, to planuję budżet na rok wprzód... etc, etc. Moment, w którym wyhamowuję i zakopuję się pod koc, oglądając kolejny odcinek Chirurgów lub scroluję Internet w poszukiwaniu jego granic, jest rzeczą rzadką, choć przyznaję, że jeśli już się wydarzy, oddaję mu się z namaszczeniem ciała, ducha i umysłu.

Zazwyczaj moje odpoczywanie jest jego abstrakcyjną, przewrotną wersją, bo jak inaczej nazwać fakt, że zdarza mi się robić to-do-listy związane z odpoczywaniem? Mój pięciodniowy urlop z lipca był szalenie napięty, ale wierzyłam, że zdążę zrobić wszystko, na co mam ochotę: że zobaczę te stopińdziesiąt filmów, że przeczytam te cztery sześćsetstronicowe książki czekające w kolejce, że pójdę w te wszystkie miejsca, w które chcę iść i że złapię tyle pokemonów, na ile tylko pozwoli mi bateria w telefonie... Los zdecydował za mnie - drugiego dnia urlopu przefrunęłam przez kierownik roweru, telefon strzaskałam i resztę urlopu przesiedziałam w domu poobijana i posiniaczona, a to-do-listę musiałam jakoś przełknąć. Co to był za gorzki smak, dla takiego stratega, jak ja... Trudno ode mnie wymagać, bym spontanicznie obudziła o jedenastej w sobotę, ruszyła dużym palcem u stopy, konstatując, że o rety! Już wieczór?!

Sobota zaczyna się wtedy, gdy mój wewnętrzny zegar stwierdza, że skoro nie idę dziś do pracy, to moja potrzeba snu jest odwrotnie proporcjonalna, do tej z dni roboczych. Postanawia włączyć całą fabrykę o siódmej rano - ewentualnie o szóstej. Nie spieram się. Naprawdę. Macham ręką. Whatever. Dzięki temu mogę z radością zajrzeć do gotującego się przez całą noc bulionu, by stwierdzić, że tak, o to i one, płynne szczęście, powstał mój eliksir, a Severus Snape może mnie, co najwyżej cmoknąć.
  
  

Oprócz doglądania bulionu sobotnie to-do-list w ramach odpoczynku, obejmowało zrobienie obiadu dla pięciu osób. Nie opuściłam strefy komfortu - lubię dokarmiać swoich gości. Miałam również okazję do wypróbowania nowego przepisu, który chodził mi już po głowie jakiś czas, ale nigdy nie było stosownej chwili. Co więcej z szuflady wołała do mnie pewna rzecz kupiona pod wpływem impulsu i wreszcie nadszedł moment by ją wykorzystać. Taaa daaam: puree z kasztanów!

 



Na tapecie pojawiła się zupa z kasztanów. Kasztany jadalne są jedną z tych rzeczy, za którą kocham jesień. Bardziej niż za dynię, bulion w kubku, kiszonki, gorącą legalną czekoladę i wiele innych "jedzeniowych" umilaczy. Nacinasz w krzyż, wrzucasz do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni i po 20 minutach masz genialną kolację. Dwa miesiące temu podczas wakacji na Sardynii, kasztany -jakieś dwa razy większe od tych dostępnych w Polsce - już zalegały górami w sklepach. Z kolei rok temu, gdy byłam w Budapeszcie, można było kupić pieczone kasztany prosto z "koksownika", z którymi sprzedawcy ustawiali się w strategicznych punktach miasta. Gdziekolwiek bym ich nie jadła, zawsze smakują wyśmienicie i polecam je każdemu.

Zachęcona promocją w sklepie zrobiłam ich pokaźny zapas, ale do zupy postanowiłam wykorzystać w większości puree oraz niektóre warzywa z bulionu. Upieczone kasztany w dużej mierze pełniły funkcję dekoracyjną. Mimo, że uwielbiam je jeść, obieranie trochę mnie drażni, więc nie wiem, ile bym potrzebowała kasztanów, gdybym postanowiła zrobić zupę tylko z nich. Pewnie sporo :)

I tak odsunęłam od siebie dwa odwieczne dylematy: do czego wykorzystać warzywa z bulionu oraz co zrobić z impulsywnie kupionymi spożywczymi fantami, które wpadają mi w ręce ilekroć jestem w Kuchniach Świata.






Felix mi sprzyjał, zupa wszystkim smakowała, reszta obiadu również, więc chyba nie ma strachu przed podzieleniem się przepisem:

700-800 ml bulionu
300 g puree z kasztanów (użyłam takiego, do kupienia w Kuchniach Świata za 16zł,
ale może być każde inne, które ma rozsądny skład)
ok. 250 g pieczonych kasztanów
(jeśli nie chcecie bawić się w obieranie dodajcie całą puszkę,
choć pewnie smak nie będzie tak intensywny)
warzywa z bulionu (nie muszą być wszystkie rodzaje i odradzam pora oraz całą cebulę)
200-300 ml mleka kokosowego
1-2 łyżki oleju kokosowego
szczypta przypraw: bazylia i do wyboru: gałka muszkatołowa, kardamon, cynamon

Kasztany nacinamy w krzyż (jak na zdjęciu powyżej), wkładamy do żaroodpornego naczynia, a następnie do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni na 20 min. Następnie kroimy warzywa, wrzucamy je do garnka i dusimy chwilę na oleju kokosowym. Dodajemy bulion, gotujemy na małym ogniu aż do podgrzania. Wrzucamy puree. Energicznie mieszamy, by dobrze się rozpuściło. Palnik ustawiamy na najmniejszy ogień. W międzyczasie kasztany powinny się upiec. Wyjmujemy je piekarnika, pozwalamy by chwilę ostygły, a następnie zaczynamy obierać. Pamiętajcie o zupie na palniku, żeby się nie przypaliła - co jakiś czas zamieszajcie (można ją wyłączyć, jeśli jej zrobienie nie zbiega się z chwilą podania). Więcej niż połowę kasztanów wrzucamy do zupy, którą po tym zdejmujemy z ognia i całą zawartość traktujemy blenderem. Dodajemy mleko kokosowe w ilości "wedle uznania" (ale trzymamy się widełek) oraz przyprawiamy solą, szczyptą gałki/kardamonu/cynamonu. Rozlewając do miseczek dekorujemy resztą kasztanów i bazylią. Zupa powinna mieć konsystencję nie za gęstego kremu. Jeśli lubicie bardzo gęste zupy-krem dodajcie mniej bulionu. Podany przepis starczył na 5 porcji (po 2 uczciwe chochle na głowę).


Efekty mojego odpoczywania można uznać za udane. Aż nie mogę się doczekać świąt i realizacji moich gotowych już list prezentów i spożywczych produktów... Dobra, prezenty już są w drodze. Część spożywki też. Nie dopuszczam do myśli, że coś pójdzie nie tak. Przecież i tak kiedy zawiedzie plan A nadal mamy resztę alfabetu. I felix felicis, oczywiście.

  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze

Szukaj